29.01.2014

S.O.S - WŁOSY ! cz.1 - MASKI - Wax, Kallos, Dolce Anti-Age,

Hej Dziewczyny !


Obiecałam Wam stworzyć post o moich produktach do pielęgnacji włosów więc  dotrzymuję obietnicy :) Od razu przepraszam za poślizg, ale iPlus z którego korzystam odmówił posłuszeństwa. Nie mogłam wejść w blogera bo ciągle przerywał połączenie... wrrr! przez co też nie udało mi się wylicytować  torby na allegro, ale już ciiii.... :) spokój i jeszcze raz spokój ;)))

Przejdźmy do ważniejszego tematu :) Jeśli zdarzyło Wam się do mnie wcześniej zajrzeć, pewnie pamiętacie post kiedy wspominałam o swoich przygodach z włosami, chemiczne prostowanie,ciągłe farbowania ( i to różnymi produktami), rozjaśniania, używanie nieumiejętne prostownicy, dekoloryzacje, kręcenia... lakiery, pianki, woski, gumy do włosów,  no i miliard kosmetyków które działają sabotażem na zdrowe życie włosa.
W pewnej chwili moje włosy wyglądały jak  najsuchsze źdźbło trawy, były bo były... ale zdecydowanie nie pełniły funkcji  upiększających. Połamane, rozdwojone, po licznych rozjaśnianiach też nie równo nabierały  pigment danej farby, więc kolor był nie równy a jeszcze bardziej nie równo się zmywał. Wtedy też postanowiłam spełnić swoje marzenie i pomalować się na czerń. Najciemniejszy z możliwych odcieni - równomiernie pokrył totalny chaos na mej głowie. Wyrównał koloryt jednak nie odżywił włosów, dlatego  postanowiłam o nie szczególnie zadbać bo ratujące radykalne cięcie nie wchodziło w grę ;)

Świadoma swych młodzieńczych błędów, postanowiłam więcej nie grzeszyć...włosy farbowałam co 6 tygodni - całość a w między czasie co 3 tygodnie - sam odrost i to też   najdelikatniejszymi farbami.  Kolor  był równy więc przeszłam do regeneracji.

Początkowo moja wiedza na ten temat była malutka, wstyd się przyznać ale kiedyś o moim zakupie szamponu świadczyło jedynie przeznaczenie ( włosy suche) i wygląd butelki, dlatego te eksperymenty rozjeżdżały się  na różne strony, wydawałam sporo gotówki na produkty  które nie działały... nie działały ponieważ, nie mogły sprawić cudów ze względu na skład który moim włosom w danej chwili nie był  w ogóle potrzebny a nawet  wywoływał więcej złego niż dobrego...

Przerabiałam różne serie nowo co wydanych kosmetyków, pamiętam zrobił się bum na Sunsilka i stosowałam go przez dłuższy czas (brązowe opakowanie z przeznaczeniem do włosów czarnych i brązowych -pachniał cynamonem i czekoladą - chciałam zamieścić Wam tu zdjęcie ale widzę,że opakowania się zmieniły a starej wersji wujek google nie wyszukał)  tak czy siak produkt sprawdzał,się dosyć dobrze, używałam go w połączeniu szampon + odżywka blisko 3 miesiące  - włosy stawały się naprawdę bardziej błyszczące z każdym myciem, cieszyłam się,że wreszcie odnalazłam idealny produkt do włosów, do chwili kiedy nie zepsułam prostownicy ( zresztą już którejś z kolei)  yh.. póki działałam termicznie na włosy- prezentowały się rewelacyjnie, w chwili kiedy zabrakło  ciepła włosy stały się nieprzyjemnie ciężkie, podejrzewam,że zapchałam je wtedy  tym jedwabiem...
Znowu postanowiłam przerzucić się na coś  o czym pisały wszystkie możliwe gazety - na Fructis-a, używałam  tej serii - do dzisiaj zastanawiam się dlaczego zrezygnowałam  z tego produktu bo był chyba najlepszym szamponem na owe czasy, odzywka nie sprawdzała się zbyt dobrze, ale sama seria szamponów była super, miała przyjemny zapach a i włosy były po niej lekkie i takie świeże.. Stosowałam bo bardzo długo i byłam zadowolona, jedyną rzeczą do której mogłabym się przyczepić ( nie muszę, ale chce być z Wami w 100% szczera) to  fakt, że dosyć szybko wypierał kolor z moich włosów, oczywiście nie była to seria  do farbowanych, dlatego nie traktuje tego zjawiska za minus ale tak właśnie działał  na moje granatowo-czarne włosy.
Później stosowałam różne szampony z NIVEA z czego najgorszym dla mnie był  ten o to produkt , ale też dlatego,że nie był to szampon którego potrzebowałam, miał dawać błysk - ale jak potęgować coś na włosach które są osłabione, odwodnione i wyniszczone... jedyne co się zgadzało to przeznaczenie - włosy długie, ale to za mało aby  produkt nawet najwyższej klasy mógł zadziałać...  pamiętam, że cechował go nawet ładny zapach ale właściwości pielęgnacyjnych w ogóle nie zauważyłam.

Następny był Sayoss :) Pewnie wiele z Was oburzy się,że to totalny zalepiacz  i tylko niszczy nasze włosy, ale był to nowy produkt na rynku więc sadziłam, że muszę poświęcić mu odrobinę więcej czasu. Początkowo zdecydowałam się na wersję niebieską VOLUME  ( szampon + odzywka na 2/3 długości) ku memu zaskoczeniu włosy faktycznie się unosiły, wystarczyło wysuszenie suszarką aby uzyskać przyjemne podniesienie od skalpu, efekt utrzymywał się przez cały dzień, więc myłam włosy częściej niż zazwyczaj bo niewiarygodnie  dobrze się prezentowały dlatego też, bardzo szybko opróżniłam dużą butle produktu.
Wiem,że to była zima, śnieg nawet mi dawał popalić, późno wyszłam z pracy, nadawali zamieć, busy nie wracały z trasy więc postanowiłam, zrobić szybkie zakupy i ewakuować się z Puław do domu, zaszłam
wtedy do Kauflandu i kupiłam wersje czerwoną  COLOR , ten produkt na moich włosach nie zrobiła ani nic dobrego ani niczego złego, nie wypłukiwał  specjalnie koloru, ale tez nie przedłużał jego trwałości, po prostu mył włosy jak każdy inny produkt...

W domu pojawił się Dove seria INTENSE REPAIR  który ładnie je nawilżał ale nie nadawał się do  mycia skóry głowy,ciężko było go wymyć, został  dokładnie wypłukany a po wysuszeniu taki nieprzyjemny nalot zostawał, włosy u nasady były lepkie. Stosowałam go nadal (ładnie wygładzał  puszące się pasma, nadawał im miękkości ) ale dopiero jako drugi szampon, pierwszym myłam  włosy, później Dove częściowo od ucha ku końcówkom, a następnie myłam skórę głowy pierwszym produktem. Było z nim trochę zabawy, ale czego się nie robi  aby było lepiej ;)
Po skończeniu Dove zrezygnowałam z odżywek, przerzuciłam się na Maskę z Elseve TOTAL REPAIR raz w tygodniu + jedwab z Biosilka i Ichi   na same końcówki.  Działało !!! Rewelacja ! - włosy jakby odżyły, końcówki przestały się łamać...
Był błysk - było zadowolenie i tu "mądra" Madzia popełniłam karygodny błąd, nakładałam jedwab  kilka razy w ciągu dnia, najpierw na końcówki , później na całe pasma przy twarzy, później na  1/3 włosów, następnie na 1/2  głowy i przeholowałam...  efekt tej destrukcji nastąpił po czasie - włosy zesztywniały, zrobiły się nie przyjemne, prawie tak syntetyczne w dotyku jak u lalki,  byłam załamana... wstydziłam się iść z nimi do fryzjera, nie chciałam ich obcinać a nie bardzo miałam pomysł co z nimi zrobić, teraz wiedziałabym,że dobrym rozwiązaniem jest wywar z ziół, ale wtedy sytuacja wyglądała inaczej, zresztą człowiek w stresie nie zawsze myśli logicznie...
Przez tydzień  wiązałam włosy " na Małą Mi " i obmyślałam, plan doskonały a właściwie plan ratunkowy, nie było łatwo... włosy z każdym dniem coraz bardziej się plątały, forum fryzjerskie doradzało aby przez jakiś czas stosować silny szampon który wypłucze silikony, inni pisali,że tylko nożyczki pomogą...

Zamówiłam przez internet szampon Loreal Expert Pure Resource szampon oczyszczający
                                                                               
była to głównie namowa fryzjerów z forum, szampon nie był tani bo za 250 ml  zapłaciłam ok. 70 zł (2012 r.)
Po wpłacie na konto trochę żałowałam, dręczyła mnie myśl,że pewnie dałam się naciągnąć, tym bardziej,że odkupiłam go "taniej" od jednego z fryzjerów.
Produkt przyszedł po paru dniach, fabrycznie zamknięty, ofoliowany. Więc sprawiał wrażenie oryginalnego.
L'Oreal..miał zmiękczać włosy i je oczyścić, sprawdził się fenomenalnie.  Po pierwszym użyciu widać było zdecydowaną poprawę, lekkie, "sypkie", błyszczące no i miękkie. Stosowałam ten produkt   systematycznie co 3 dni przez 3 tygodnie, następnie  raz na miesiąc :) aż całkowicie odstawiłam.



Po odstawieniu szamponu   przyrzekłam sobie - koniec z eksperymentami na włosach wybrałam się do Salonu na ocenę stanu zdrowia skóry i wszystko było w porządku, skóra oczyszczona i nawilżona, włosy nie były zalepione, fryzjer oznajmił jednak,że jeszcze długa droga zanim odzyskają  formę. Polecił mi abym stosowała preparaty białkowe  na rekonstrukcje włókien włosa.


Pierwszym takim produktem była maska KALLOS  - (zielona) z keratyną i proteinami mleka.

Maska przeznaczona jest do suchych, łamiących się włosów, które poddawane są zabiegom chemicznym. 

Kreatyna + proteiny mleka  zawarte w tym produkcie mają odbudować  naturalną strukturę włosów oraz wypełnić  ubytki które powstały wskutek pastwienia się nad nimi ;) 

Po zastosowaniu włosy faktycznie były odżywione,  po zużyciu połowy opakowania - włosy wyraźniej się wzmocniły,  zauważyłam mniejszą łamliwość końcówek.
Miękkie, błyszczące , dosyć ładnie się rozczesują i układają
 Stosowałam  na umyte włosy przez 10 minut , średnio 2 x w tygodni (przez 3 miesiące)

Cena : 10 zł / 1000 ml


Od chwili  zużycia zielonego Kallosa minęło ponad 4 miesiące a mimo wszystko, jest to jedna z czterech , moich ulubionych masek do włosów (zajmuję III miejsce). Poniżej przedstawię Wam  MASKI które, przetestowałam, namiętnie  stosuje od dłuższego czasu i szczerze polecam  :) 
(porównam je cenowo jak i opiszę zastosowanie )






















Maska  z firmy Pettenon Cosmetici - DOLCE  Anti-age, wersja z panthenolem (żółta)  to mój absolutny numer jeden !

Coś na jej temat ? :)  to bogactwo pantenolu oraz protein soi, migdałów i pszenicy  do których dołączono ekstrakt z chrzanu. Brzmi może dziwnie ale ta mieszanka  dostarcza totalnej energii słabym i suchym włosom, szczególnie tym porowatym, po licznych zabiegach chemicznych i termicznych. Posiada wprawdzie jeden silicon ale  z natury tych łagodnych, więc nie obciąża i nie zalepia.
Konsystencją przypomina żółty budyń, więc ogólnie jest dosyć gęsta, ale plastyczna -jest to duży plus  bo nie spływa z włosów a też aplikacja jej nie sprawia trudności, jest niezwykle wydajna !

Kupiłam ją w sklepie z artykułami fryzjerskimi  z Leclercu w Lublinie.  Maska występuje w trzech wariantach pielęgnacyjnych oraz w dwóch rodzajach opakowań ( duże i małe)


duże 1000 ml / 35 zł

 







małe 250 ml / 20 zł 

początkowo kupiłam produkt w małej wersji, ponieważ nie byłam pewna czy  nada się do moich włosów ale po pierwszym użyciu - pokochałam ją! przebrnęła ,że mną prze dwa procesy dekoloryzacji, dzięki niej nadal mam włosy i to w bardzo dobrej kondycji :)
Dolce je odżywiła, sprawiła, że są miękkie, ładnie błyszczą i bezproblemowo się rozczesują.
Kiedyś stosowałam ją 3-4 razy w tygodniu  ( na 5 minut) , obecnie kładę ją tylko raz na 10 minut.
Powoli zmierzam do wykończenia dużego opakowania  ale zamierzam znowu  ją nabyć bo jest po prostu cudowna !




Trzecia maska a zarazem mój  numer drugi :)  to zapewne wszystkim  już rewelacyjnie znana HENNA TREATMENT WAX  (natural classic) Długo zbierałam się do zakupu tego produktu, aż wreszcie wpadł w moje łapki.  Ten rodzaj henny to nic innego jak  leczniczy wosk przeznaczony do intensywnej kuracji naszej skóry głowy i włosów. Składa się z naturalnych składników ( podobno najwyższej jakości) : ekstraktu z liści lawsonia, organicznych wosków, kwasów organicznych, białek roślinnych, skład uzupełnia zdemineralizowana woda oraz  oczyszczone białko henny które jak gwarantuje producent nie barwi jasnych włosów, w składzie pojawia się też konserwant, no ale przy takim składzie  nie ukrywajmy musi być jakiś łącznik który zabezpieczy nasz produkt przed zepsuciem.

Maska ma zregenerować włosy uszkodzone zabiegami chemicznymi i termicznymi,  poprawić kondycje- wyeliminować kruchość ( wrodzoną lub nabytą) i wzmocnić je, zahamować wypadanie,  przynieść ulgę zmienionej chorobowo skórze głowy np. przy łupieżu,  pobudzić cebulki do intensywnego wzrostu nowych włosków ( zaleca się ją również  dla pacjentów onkologicznych w okresie  leczenia chemioterapią )



Co o niej sądzę?  Naprawdę pobudza cebulki do wzrostu, dzięki niej, włosy się zagęszczają i rosną zdecydowanie szybciej ( widziałam nie raz jej magiczne właściwości  w szpitalu, a nawet w rodzinie) 
Na moich włosach  działa  w zabawny sposób... nakładam ją... i czuje jakby wnikała w te słabsze partie...
używam jej 2-3 razy na tydzień, stosuje na umytą skórę głowy jak i włosy, zawijam to ręcznikiem i susze suszarką przez jakieś 5 minut, później chodzę jeszcze z tym turbanem  kilka minut i spłukuję, 

 Za co cenię Waxa ? za efekt sypkich włosów zaraz po wysuszeniu,  za sprężystość jaką mi zostawia, za lśnienie kosmków i poczucie odżywienia

cena 16 - 18 zł / 480g 


*** wiem,że niektórym z Was przeszkadza jej naturalny, roślinno-kredowy zapach, dlatego polecam również przetestowaną wersję henny o lepszym zapachu, troszkę gorszym składzie ale równie dobrym działaniu (klik!)







Czwarta maska  to też KALLOS- Silk - Maska do włosów z jedwabiem (różowa)  przyznam , że  jest najgorsza z tych czterech które Wam prezentuje.

Sprawia,że włosy wyglądają ładnie ale potrafi być kapryśna w zastosowaniu, taka sama ilość raz ładnie wygładzi włosy a innym razem totalnie je przeciąży. Maska zawiera wyciąg z oleju oliwkowego i białego jedwabiu daje niezły efekt wizualny ale nie odżywia  tak jak poprzednie maski.

Tak jak i zielona wersja... Kallos jest dużo rzadsza od Dolce i WAXu, cenowo na pewno wychodzi lepiej ale to nie jest produkt który wprowadzi rewolucje na naszych suchych włosach, fakt poprawi sprężystość i nada połysku ale inne maski też to robiły a jeszcze wpływały na pielęgnacje...
W porównaniu z innymi drogeryjnymi maskami jest ok, ale to wszystko...

Kiedyś się nią zachwycałam , ale to dlatego,że nie znałam zastosowania na swojej głowie Anti-age i Waxu.
Obecnie używam jej  raz na miesiąc, głównie w okresie zimna.

Cena 10 zł / 1000 ml





Dziewczyny mam nadzieje,że jakoś przebrnęłyście przez ten długi początek opisujący moje niewypały z ogólną pielęgnacją, planowałam dzisiaj opisać też w jednej notce szampony, olejki do włosów, wcierki i tzw. "pisukadełka" ale za chwilę przyjeżdza mój M. więc biegnę się kąpać, jeszcze muszę coś ugotować ^^ nie wiem czy się wyrobię więc uciekam ;(

Kochane dajcie znać co sądzicie o tych maskach, czy używałyście którychś z nich ??  która najlepiej się u Was sprawdziła ? a może znalazłyście inny produkt który zrewolucjonizował Wasze włosy :)

Dajcie znać o jakimś najgorszym z bubli do włosów które miałyście nieprzyjemność  testować...


Aha i obowiązkowo napiszcie  co chcecie w drugiej części :

1. szampony
2. olejki
3. wcierki i psiukadełka  ;

wystarczy numer a ja wszystkim się zajmę :)  bo kosmetyki czekają ;)







 przepraszam,że notka jest niepełna i rozdzielam ją na części ale czas pędzi jak szalony

 ściskam i ciepło pozdrawiam , buźki !

Czytaj dalej »

25.01.2014

Tak wygląda TANGLE TEEZER po 8 miesiącach ! SZOK!








Swoją szczotkę zakupiłam  w maju 2013 r. na stronie T.T. (link).  Z tego co pamiętam trafiła do mnie w przeciągu dwóch dni. Paczka była zabezpieczona tak dużą ilością folii bąbelkowej, że aż trudno było to ciąć nożyczkami, ale jakoś się udało.  Nasza bohaterka zapakowana była w przezroczyste, dosyć sztywne plastikowe pudełko.

Rodzina Teengler Tezzer stale się powiększa coraz to pojawiają się nowsze produkty, obecnie dostępne są :

                         



Długo zastanawiałam się nad podjęciem ostatecznej decyzji  który model wybrać aż w końcu zdecydowałam się na wersję kompaktową.
Seria Compact Style jest mniejszą wersją  tradycyjnej  T.T,  jej wielkość przyrównać można do kostki mydła, posiada również dodatkowe zabezpieczenie grzebyczków, które wg. producenta ma wydłużyć żywotność  tego produktu. Compact  dostępny jest w kilku wariantach kolorystycznych :






Zamówiłam model Gold Rush i już w trakcie rozpakowywania paczki  wiedziałam,że nie będę żałowała tego wyboru. Model jest przepiękny, niezwykle błyszczący i mimo efektu lustra nie wygląda tandetnie, wręcz przeciwnie - dosyć luksusowo ;)))

Szczotka, po pierwszym przeczesaniu nie zrobiła na mnie spektakularnego wrażenia, stwierdziłam, że rozczesała  włosy jak każda inna, trochę zawiedziona ale postanowiłam jej używać, bo skoro już wydałam te pieniądze to szkoda  by leżała w komodzie i zbierała kurz. 

Używałam jej przez tydzień  - bez rewelacji, rozczesywała  ładnie, nie szarpała, ale  spodziewałam się chyba czegoś więcej... Los chciał, że zostawiłam T.T. u mojego Maćka  i po powrocie do domu musiałam uczesać się starą szczotką... o zgrozo !  włosy nie były splatane a w ogóle nie chciały się  rozczesać, wyrywała i szarpała do tego stopnia, że łzy napływały do oczu...pasmo, po paśmie...  minęło około pół godziny zanim udało się doprowadzić je do względnego  wygładzenia ( a i tak miałam wrażenie,że na głowie  hula wiatr i nic nie jest tak jak być powinno)
Następnego dnia mój M. przywiózł mi teezera, wykonałam eksperyment -  jedną stronę rozczesywałam T.T. a drugą zwykłą  szczotką, przyznam,że nie dowierzałam...  
zwykła utkwiła w jednym punkcie, natomiast t.t. rozczesał  po swojej stronie włosy sprawnie i bezboleśnie, a następnie dokończył to czego zwykła szczotka nie potrafiła wykonać...od tej pory nie rozstaje się z Tangle-m. 


Minęło 8 miesięcy od kiedy się polubiłyśmy :)  zauważyłam, ze włosy są w lepszej kondycji, ładnie błyszczą końcówki przestały się rozdwajać i łamać, nie wiem na ile jest to zasługa pielęgnacji kosmetykami a na ile magia tanglee teezera ale  jedno jest pewne.. włosy nie wypadają w takiej ilości jak dawniej a proces rozczesywania jest łatwy i bezbolesny.



Wiele się mówi o tym jak szybko taka szczotka się zużywa,  pokaże Wam teraz jak wygląda mój Gold Rush po 8 miesiącach intensywnego użytkowania :

  









jak widzicie  tworzywo z którego jest wykonane nie rysuje się, fakt włoski delikatnie się poodginały ale nie przeszkadza to tak naprawdę w użytkowaniu



Podsumowując 

Plusy  : 

- ładnie rozczesuje, bezboleśnie !
- najprawdopodobniej poprawia kondycję włosów, (wygladzenie!)
- nie wyrywa włosów, eliminuje szarpnięcia
- przyjemnie masuje skórę głowy
- posiada zamknięcie które zabezpiecza grzebyki
- jest mała wiec mieści się w torebce
- ładnie wygląda
- plastik z którego  jest wykonana ta wersja - nie rysuje się


Minusy: 
- cena
- nie powinna być stosowana w wysokich temperaturach
- boczne grzebyczki  po pewnym czasie  delikatnie się odginają
- trudno usunąć z niej  pojedyncze włoski



+\- ma tą samą grubość na całej powierzchni, dla jednych może okazać się za mała...  
       dla mnie jest idealna i nie wyślizguje się z ręki

+\-  wydaje specyficzny dźwięk podczas czesania :)  
       lubię to drapanie ale niektórym z Was może to przeszkadzać :)














Cena T.T. COMPACT STYLER GOLD RUSH  - 65 zł



Co sądzicie o T.T. ? Używacie ? Jeśli tak to jakie zauważyłyście efekty ? Jakie macie ulubione sposoby na używanie T.T.? Pochwalcie się modelami,kolorami... Miałyście w łapkach zamiennik t.t. ? 

A może używacie jakichś innych szczotek które sprawdzają się rewelacyjnie...
Kochane dajcie znać bo wiecie,że lubię eksperymentować z włosami :)


pozdrawiam cieplutko w to zimowe popołudnie :* 
( brrr.. -21 na dworze)

Czytaj dalej »

20.01.2014

DEKOLORYZACJA - jak zejść z czerni na brąz, blond


Hej Dziewczyny  w pięknym 2014 ! :)

Tym razem  postanowiłam przedstawić Wam schemat dekoloryzacji na przykładzie swoich włosów ;)



Oczywiście nie wiecie,że włosy barwię od  15 roku życia ;) czyli jakieś 11 lat  :) naturalnie jestem jasną blondynką, co jest raczej popularne wśród nas Słowianek ;) kolor wyjściowy moich włosów jest praktycznie identyczny z barwą pasemek dostępnych pod tym linkiem o tutaj :) oczywiście jak większość kobieta na świecie nie byłam nigdy zadowolona z tego co dała mi Matka Natura :)  od dziecka marzyłam o ciemnych, najlepiej czarnych włosach :)  ( nawet moje lalki Barbie były poddawane koloryzacji przy użyciu markera) od kiedy pamiętam, źle czułam się w blondzie, na dodatek włosy mi falowały, były puchate,gęste a w połączeniu z moja białą cerą, szarymi brwiami i rzęsami  zlewały się tworząc niekształtną plamę zamiast głowy.. koszmar !

pamiętam jak dziś kiedy w gimnazjum po raz pierwszy poddałam się koloryzacji, wiecie.. zakończenie roku.. każdy chciał wyglądać na balu jak najlepiej ;) dlatego cichaczem pomalowałam włosy szamponetką w kolorze Czekoladowego brązu... oczywiście działałam pod presją więc najprawdopodobniej nie przestrzegałam instrukcji ;/ zmyłam farbę, wysuszyłam włosy, podeszłam do lusterka i ujrzałam "palącą się głowę"  - kolor najbardziej rozbuchanego ogniska, oczywiście nie miałam już czasu na malowanie, zresztą nie było też już żadnej innej farby pod ręką...  wybrałam się na zakończenie na którym  wszystkim wyjaśniałam,że był to zamierzony efekt, a faktycznie modliłam się aby impreza skończyła się jak najszybciej.... no ale nie o tym miałam pisać :)

hm...tak czy siak to wydarzenie spowodowało u mnie ciągłą chęć zmianę koloru, początkowo robiłam różnokolorowe pasemka ( różowe, niebieskie, zielone, fioletowe) bo włosy były oporne na przyjęcie jakiegokolwiek koloru na całość, zresztą odcień zawsze wychodził inny niż planowałam,  brązy wydawały się rude, na rudych praktycznie każdy kolor zmywał się w trybie natychmiastowym, włosy z czasem nabrały kolor dojrzałej wiśni, później przepoczwarzyły się  w burgundy na nie z tego co pamiętam  zastosowałam szarości które odczarowały klątwę czerwonych włosów i zamieniły je wreszcie w  brązowe, długi czas eksperymentowałam  z wszelakimi odcieniami i farbami.. palone brązy, czekolady, mroźne kawy.. było tych numerów mnóstwo... aż nastał pamiętny dzień, kiedy barwy tęczy powoli zaczęły się wyczerpywać i nadszedł moment sięgnięcia po tą najciemniejszą wersję :)  czerń ! to był kolor który z dumą nosiłam na włosach ponad  5 lat ;)  aż trudno sobie wyobrazić,że wytrzymałam z nią tak długo  ale naprawdę dobrze się w niej czułam :)

W lipcu 2013 roku postanowiłam  zmienić delikatnie odcień swoich włosów... głównie ze względu na odrosty... o ile tleniona blondynka z ciemnym odrostem może wyglądać nieźle to wersja odwrotna wygląda tragicznie - niczym łysy plac..

Wybrałam się do salonu fryzjerskiego, dekoloryzacja trwała ponad 6 godzin ( włosy jakieś 10cm za ramiona), zastosowano 1x demakijaż + 2x dekoloryzacja... włosy faktycznie zostały wyprane z koloru na już wspomniany wcześniej ognisty kolor...  długo zastanawiałam się nad wyborem  odcienia... początkowo miał to być popielaty brąz czyli coś pomiędzy ciemnym blondem a zimnym odcieniem brązu, ale Pani Kasia u której wykonywałam zabieg odradziła mi zimne odcienie bezpośrednio po zabiegu ściągania koloru, twierdząc, że efekt będzie widoczny do pierwszego mycia, później pigment będzie coraz bardziej słoneczny a nawet rudy... namówiła mnie na coś z ciepłej tonacji -kolor wyszedł zdecydowanie ciemniejszy niż sadziłam,  ku mojemu zdziwieniu włoski nie były zniszczone, zastosowano na nie maski proteinowe, zabieg dotleniający oraz olejek Kerastase. Zapłaciłam sporo za tą przyjemność ale bałam się wykonywać ten zabieg w domu ze względu na słabą kondycję włosów....

Odcień z każdym myciem spierał się coraz bardziej... wyglądał coraz gorzej... postanowiłam więc wziąć sprawy w swoje łapki, zakupiłam  swoje ulubione farby L'Oreala i przystąpiłam do eksperymentów... niestety farba zbyt intensywnie podziałała na moje włosy... jasny brąz ( mimo iż trzymałam go krócej niż powinnam) wyszedł prawie,że czarny.... wyobraźcie sobie moje wnerwienie ;D !!!!  prawie 400zł fryzjer + farba 30 zł  i praktycznie jestem w punkcie wyjścia :(
uruchomiłam wujka google, znalazłam na forum fryzjerskim techniki rozjaśniania włosów a dokładniej ich odbarwiania więc postanowiłam wypróbować raz jeszcze... ryzykując spalenie doszczętne włosów


w tym celu zakupiłam polecany przez wszystkich preparat

ELGON   - zestaw składa się z dwóch saszetek nr 1 i 2 ( widziałam go u mojej fryzjerki więc wiedziałam, że będzie skuteczny), nabyłam go na allegro.pl kosztował 20,90 zł + przesyłka, zamówiłam dwa zestawy ( w obawie gdyby znowu coś poszło nie tak) skompletowałam zestaw narzędzi  i postępowałam wg. instrukcji :)  tzn.





Produkty potrzebne do samej dekoloryzacji : 

- żelowy ELGON  ( saszetka 1 i 2)
- czepek foliowy
- plastikowa miseczka
- rękawiczki
- coś do mieszania ( może być palec ;) )


Sposób postępowania :

1. Rozczesujemy dokładnie włosy które muszą być  SUCHE  i  CZYSTE  ( najlepiej umyć je dzień wcześniej szamponem, nie stosując już żadnych dodatkowych preparatów w postaci odżywek, maseczek,lakierów, pianek itp. - pozostawmy je w miarę wolne ;) )

2. Przygotowujemy produkt. ELGON nr 1 i 2 wlewamy do plastikowej ( to ważne) miseczki i dokładnie mieszamy.
3. Natychmiast po rozmieszaniu , równomiernie nakładamy produkt  na włosy w kierunku od końcówek ku górze... delikatnie wcierając produkt... pamiętajmy aby nie nakładąć go na miejsca naszych naturalnych włosów!!!

4. Po nałożeniu preparatu na pasma lub całość ( w zależności co chcemy uzyskać ) , nakładamy foliowy czepek , zostawiamy na 20-30 minut ( w ciągu tego czasu polecam co 5 minut zaglądać pod naszą "pieczarkę" aby kontrolować stopień odbarwienia)

5.Po czasie nie dłuższym niż 35 minut- należy spłukać preparat, polecam 10 minut pod kranem z bieżącą letnią wodą. Gdy czujemy,że nasze włosy są już czyste nakładamy  szampon ( producent poleca ten z ELGON-u, ja używałam zwykłego z Timotey)   i myjemy jak zwykle :)

6. Rozczesujemy włosy i suszymy ;)  jeżeli efekt nas zadowala - możemy przystąpić do nakładania farby, jeśli nadal są ciemne w stosunku do farby jaką chcemy nałożyć , można jeszcze raz wykonać zabieg dekoloryzacji

UWAGA ! PRODUCENT RZETELNIE INFORMUJE NA OPAKOWANIU, ABY PRZYSTĘPUJĄC DO KOLORYZACJI  ZDECYDOWAĆ SIĘ NA ODCIEŃ O 1-2 STOPNIE JAŚNIEJSZY NIŻ POŻĄDANY!! ( włosy są odbarwione , łuski otwarte więc pigment mocniej wniknie w strukturę ,  niestety nie zostałam o tym poinformowana przez fryzjerkę dlatego efekt był niestety słabo zauważalny...
wykonałam  zabieg we własnej łazience i muszę przyznać,że jestem pozytywnie zaskoczona :)
poniżej wklejam zdjęcia może mało wyjściowe ( bo bez makijażu) ale  zdecydowanie ukazujące moją burzliwą przygodę z dekoloryzacją :D


1. Zdjęcie z czarnymi włosami

2. Po dekoloryzacji w salonie

3.Zdjęcie po wyjściu z salonu już u mojego M., wlosy skrócone wygładzone Pani Czraodziejka -fryzjerka ujarzmiła moje siano na głowie ale i tak smutek na twarzy bo kolor wyszedł ciemniejszy niż obiecywała :(



4. Zdjęcie po pomalowaniu w domu L'Oreal-em, uwielbiam te farby ale tym razem strasznie intensywnie wniknęła włosy znowu czarne ... ( jedyne z make-upem się uchowało)

5. Na pohybel czarnym nikczemnikom - dekoloryzacja domowa ELGONEM ;)

6. Efekt koloryzacji L'Oreal-em 2 tony jaśniejszym ;) widać zdecydowanie różnice ;)




uff.. przebrnęłam... mam nadzieję,że dotrwaliście do końca i może ta notka okaże się dla kogoś pomocna :) kto wie ;) dajcie znać w którym kolorze mi najlepiej , no i oczywiście piszcie o Waszych koloryzacjach tych udanych bądz mniej:) na co zwracacie uwagę chodząc do fryzjera oraz czy częściej malujecie same włosy w domu czy ufacie jedynie profesjonalistom :)

ściskam :)

Czytaj dalej »

18.01.2014

Ocena GLOSSYBOX - styczeń 2014 ! Czy wart swojej ceny ?

16 grudnia ok godz. 14.00 dostarczono mi świeżutkiego  GLOSSYBOXA.  W tym miesiącu firma uraczyła nas przepięknym,srebrzysto-szarym pudełkiem, zdecydowanie ładniejszym od grudniowego ;)




Zaraz po zdjęciu wieczka witają nas karteczki, w tym przypadku zaledwie 2 -jedna stanowi opis zawartości pudełka styczniowego, druga natomiast jest reklamówką jednego z produktów zawartego w pudełku.... ale po kolei :)


Pudełko jak zwykle ładnie zapakowane, tym razem jest to matowy czarny papier z sygnowaną naklejką firmy oraz wkład z czarnych harmonijkowych bibułek :)


z karteczki dowiaduję się, że w moim posiadaniu znalazł się zestaw C tzn.:



1. LIRENE - balsam do ciała Golden Charm - wg . producenta balsam ma nam pozwolić poczuć magię złotych drobinek na skórze które"błyszczą szlachetnym blaskiem" :D, zapach  ma być zmysłowy  a jego zadaniem jest "podkreślać nasze zmysłowe piękno". Ile w tym prawdy ???
Na pewno nie jest to balsam który zapewni Wam jakieś bardzo głębokie nawilżenie, ale jest naprawdę niezły,  konsystencja żelu wchłania się bardzo
szybko a  drobinki  których tak bardzo się obawiałam , nie są tandetnym brokatem a delikatnym złotym pyłkiem który nawet na mojej skórze nie wygląda jakoś ordynarnie :) Zapach przyjemny, ale ciężki do zidentyfikowania, tak czy siak znajomy ale nie sądzę aby był "zmysłowy";)   najfajniejsza w tym balsamie jest konsystencja - lekka, więc idealnie nadaję się na posmarowanie przed wyjściem gdy już jesteśmy spóźnione :)
cena regularna tego produktu to 16,99 za 200ml ( my otrzymujemy produkt o pojemności 75ml)




2. Drugim produktem jest 100% SPA BY  KARMAMEJU - Konjac Sponge Natural - producent informuje nas o działaniu złuszczającym i głęboko oczyszczającym  skórę twarzy, jednocześnie ma ona za zadanie regenerować ją  oraz stymulować przepływ krwi.
Jest to już mój drugi Konjac, w ubiegłym roku robiłam spore zakupy w sklepie internetowym i jako prezent zostałam obdarowana  tą wersją z likopenem, podeszłam dosyć sceptycznie do tego produktu, gąbeczka przeleżała jakiś czas w szafie, dopiero  w czasie wakacji kiedy moja twarz a dokładniej strefa T uległa silnemu poparzeniu słonecznemu postanowiłam po nią sięgnąć, nie wiem jak to możliwe, do dzisiaj się nad tym zastanawiam ale  produkt faktycznie przyspieszył regenerację naskórka, złagodził podrażnienia oraz zaczerwienienie, skóra wzmocniła się i wyraźnie wygładziła.
Nie wiem czy produkt dodany  do glossy również okaże się zbawienny dla mojej skóry , ale z wielką chęcią go przetestuje a później porównam obydwa produkty ;)  Jeśli jesteście zainteresowane to dajcie znać ;)
aha  cena produktu wg. glossyboxa to ok. 40zł, osobiście uważam,że gąbeczka kosztuje około 25 zł  (tym razem dostajemy pełny produkt)


3. Kolejnym kosmetykiem jest REGENERUM - Regenerujące serum do ust - które ma odżywiać nawet bardzo suchą i popękaną skórę, pielęgnować, nawilżać, odbudowywać warstwę lipidową oraz chronić je przed utratą wilgoci. Czy  faktycznie jest takim eliksirem na każde utrapienie ?  Używam jej intensywnie drugi dzień i muszę przyznać,że działa naprawdę fajnie, nawilża ale tak głęboko, jest tłusta ale nie pozostawia nieprzyjemnego lepkiego uczucia, ciężko mi to ująć ale wprowadza kojący stan, moje usta ostatnio były bardzo przesuszone ze względu na zabiegi fizjoterapeutyczne jakie musiałam przejść po porażeniu mięśnia  a pomadka ładnie je zregenerowała :) Jest mi trochę wstyd gdyż po otworzeniu pudła, byłam mocno niezadowolona,że trafiło mi się wersja uboższa z pomadką  a nie kremem ( krem duże opakowanie warte ok100zł ) sadziłam,że dostane kolejnego bubla do ust który zasili moją magiczną szufladę, a tu niespodzianka :) zwracam honor temu serum bo widzę,że  jest w stanie zdziałać cuda :)
cena produktu to ok.15 zł /5 g ( dostajemy produkt pełnowymiarowy)



Na koniec postanowiłam opisać produkty z których ucieszyłam się najbardziej ;) są to


4. BENEFIT COSMETICS  The POREfessional - zadaniem produktu jest nadanie jedwabistości naszej skórze, zminimalizowanie porów oraz wygładzenie zmarszczek, produkt podobno idealnie nadaję się pod makijaż, jest przeznaczony do każdego rodzaju cery.
Jest to produkt  o którym  w internecie mówi/pisze się sporo i jak najlepiej, przyznam,że nie miałam wcześniej z nim kontaktu, planowałam  zdobyć próbki w najbliższym czasie ale ku mej wielkiej uciesze glossy mnie wyprzedził  :) nie nakładałam jeszcze  go pod makijaż, ponieważ dzisiaj siedzę w domu i mam typowe domowe SPA ^^ więc nie pora i miejsce na makijaż a jedynie na zabiegi pielęgnacyjne ;)  przetestuje i dam znać czy wart jest swojej ceny :)
cena produktu 149 zł / 22ml ( my dostajemy opakowanie 3ml)




5. PANTENE PRO-V Nature Fusion Oil Therapy to chyba największe zaskoczenie z całego pudełka, bo o ile sporo dobrego słyszałam o POREfessional to arganowy olejek z Pantene na wstępie posądziłam o  niebotycznie obciążający produkt pseudo naturalny (jakich ostatnio pełno na rynku -wiem bo mam kilka takich niby olejków które bardziej szkodzą niż pomagają) w tym przypadku  myliłam się okrutnie...
wprawdzie olejek zawiera swoje drobne chemiczne dodatki ale działa rewelacyjnie, włosy są mięciutkie, sprężyste i faktycznie totalnie błyszczące , nie wiem jeszcze jak to jest z 24-godz, ochroną bo eliksir nakładałam około godz15, ale suszyłam je gorącym powietrzem i żadnego sianka nie zauważyłam :) więc póki co siedzę przy laptopie i co chwilę próżnie zaglądam w lusterko podziwiając jak pięknie wyglądają dziś moje włosy ;)))
cena tego produktu 21,99 za 100ml ( otrzymaliśmy produkt pełnowymiarowy)




Jak w tym miesiącu spisał się GLOSSYBOX ? 
5 produktów z czego :
   - 3 pełnowymiarowe
   - 1 z mojej listy życzeń
   - 2 nowości  które okazały się strzałem w dziesiątkę
   -  zero bubli których nie widziałabym komu oddać ( aby nie urazić) ;)
+ pudełko w totalnie moich barwach :)
+ rabat  do sklepu Yasumi  ( jeśli ktoś jest zainteresowany mogę udostępnić )
+ kupon na darmowy makijaż w Sephorze  kosmetykami Benefit ( a dokładniej serią przeciw błyszczeniu)



jestem bardzooo zadowolona :) a Wy Dziewczyny zamawiałyście styczniowego BOXA ? korzystacie z oferty SHINEBOXA czy GLOSSYBOXA ? który opłaca się bardziej ?? dajcie znać, chętnie poznam Wasze zdanie ;)


pozdrawiam cieplutko  :*

Czytaj dalej »

RED - czyli to co kocha chyba każda kobieta

Hej Dziewczyny :)

Nie wiem  jak Wy ale zawsze miałam problem z wybraniem tego ulubionego odcienia czerwieni, przesiadywałam godzinami w drogeriach poszukując tej idealnej barwy, gdy już podjęłam decyzje, skierowałam się do kasy, wróciłam do domu i nałożyłam lakier na płytkę okazywało się,że nabywałam dokładnie ten sam kolor tyle,że z innej firmy.

Przełom roku 2012/2013 był dla mnie okresem totalnego zamroczenia, ponieważ w mojej szufladzie przybyło ponad 30 lakierów oczywiście tylko w tonacjach czerwieni, powoli zaczynało brakować miejsca na przechowywanie tej  potężnej armii - nie miałam wyjścia, podświadomie ogłosiłam projekt (lakier) denko :)

w pierwszej kolejności zużyte zostały moje ukochane essie : - too too hot   
                                      - meet me at sunset

te dwa piękne lakiery królowały na moich paznokciach bardzo długo ! (nie dajcie się zwieść niektórym negatywnym opiom na temat tego lakieru, jeśli odpowiednio przygotujemy płytkę  to  przy średniej eksploatacji utrzyma się w stanie idealnym 4 dni, 5 dnia zauważyłam delikatne odpryskiwanie w górnej części płytki)




z czasem zbiór lakierów pomniejszał się, sukcesywnie opróżniałam komodę, głównie z drogeryjnych produktów,  sporo marek i jeszcze więcej serii, obecnie mam na stanie 15 sztuk, chciałabym Wam teraz pokazać i omówić lakiery z którymi muszę jeszcze chętniej lub mniej "współpracować" ;)

Przejdźmy najpierw do kolorystyki  (każdy numerek pokryty dwoma warstwami lakieru)


i mimo, iż na pierwszy rzut oka wydawać się mogą podobne to całkowicie różnią się jakością  oraz poziomem krycia

mój ulubiony odcień to  nr. : 4, 3, 2, 14, 6
najbardziej błyszczący to  nr. : 4, 14
najlepiej utrzymujący się  nr. : 3, 2, 10, 6
najlepiej kryjący to nr. : 2, 5, 9, 10
najtrudniejszy w zmyciu  nr : 11

lakiery które najchętniej bym kupiła z  tego zbioru  to  nr. : 3, 4, 2


1.RIMMEL - 60 seconds - 315 READY, A IM PAINT! (8ml)
2.ASTOR -Lacque Delux Lycra up to 10days - 835 DALHIA RED (12ml)
3.MANHATTAN -Lotus effect Longlasting - 45P (11ml)
4.KOBO - Colour Trends -17 Paris (7,5ml)
5.WIBO - Your Fantasy (11ml)
6.MAYBELLINE -Colorama (7,5 ml)
7.ADOS - Extra long lasting -591
8.CATERICE - Ultimate Nail LaCquer - 550 MARILYN & ME
9.SAFARI -Trendy Colour - 10 (12ml)
10.ASTOR -Lacque Delux Lycra up to 10days - 390 PLUM NECTAR ( 12ml)
11.RIMMEL - Lycra wear  10 + minnerals - 332 HOT ROCK (12ml)
12.RIMMEL - Lasting Finish - Lycra wear - 329 BLOOD RED ( 12ml)
13.??? 
14. ESSENCE -Multi dimession XXXL shine - 29 GLAM GIRL ( 8ml)
15.ASTOR -Quick'n'go! 60 sec.- 101 (8ml)


ze zbioru który został mi obecnie najchętniej kupiłabym ponownie lakier :

3- MANHATTAN - numer 45P to prawdziwa żywa czerwień, ale  na szczęście bardzo uniwersalna, dobrze wyglądająca zarówno w ciągu dnia jak i wieczorem, wygodny pędzelek pomaga aplikować produkt, lakier schnie szybko, jest trwały ( pierwsze odpryśnięcia zauważyłam około 4-5 dnia) bardzo wydajny -buteleczka az 11 ml a  na pokrycie wystarczą zaledwie dwie warstwy, jedyne co mi w nim brakuje to mocnego efektu lustra

4- KOBO - z numerem 17 Paris to podobnie jak w przypadku Manhattanu żywa czerwień z wygodnym pędzelkiem i długa trwałością, ogromnym plusem tego lakieru jest niewiarygodny połysk, minusem natomiast gorsze pokrycie - względnie wygląda przy 3 warstwach -najlepiej przy 4, przy takiej ilości aplikacji buteleczka 7,5 ml zostaje zużyta bardzo szybko

2 -ASTOR  - 835 DALHIA RED - lakier  całkiem niezły, ładnie wygląda przy nałożeniu 2 warstw, pędzelek równomiernie pokrywa płytkę, niestety na mojej płytce trzyma się bardzo krótko 3 dnia widać wyraźne odpryśnięcia, czy wart jest swojej ceny ? jeżeli jest na promocji można zaryzykować, w regularnej cenie nie skusiłabym się na niego ponownie

* chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na  ESSENCE -Multi dimession XXXL shine o numerze 29 GLAM GIRL  - ten lakier zaraz po pierwszym użyciu był fantastyczny, długo utrzymywał się na paznokciach, kolor był wyrazisty i tak jak wspomina producent bardzoooo błyszczący, byłam nim totalnie zauroczona, niestety z każdą aplikacją coraz bardziej zasychał i sprawiał ogromny kłopot w odkręceniu... ( stąd tez tak mocno zdewastowany korek)  czy spotkałyście się z tym lakierem ? macie jakieś doświadczenia z lakierami essence ? czy one wszystkie tak zasychają ?



Hm..zważając na niską jakość produktów które mi pozostały,sądzę,że uda mi się te zbiory opróżnić do końca lutego :) dlatego Dziewczyny jeśli znacie jakieś lakiery godne uwagi  :) piszcie ! chętnie je przetestuje ;)  
  pozdrawiam cieplutko !

Czytaj dalej »