Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty

10.03.2019

PIELĘGNACJA MONSTERY


Nie da się ukryć, od paru lat monstera to jedna z najpopularniejszych roślinek internetu, kocha ją instagram, blogerzy a nawet nasze babcie które nadal przechowują w swych domach sadzonki z lat 80-tych.  Jak pielęgnować ją aby wydobyć z niej całkowite piękno, o tym przeczytacie w dzisiejszym wpisie :) Poznajcie moje lifehacki na to aby wydobyć z niej najlepsze walory dekoracyjne.


MONSTERA
Specyfikacji nie będę tutaj przytaczać - wszystko jest w internecie ja chce się skupić na moich obserwacjach i doświadczeniach.


TEMPERATURA
Pochodzi z tropikalnych lasów więc chyba nikogo nie zdziwi fakt, że roślina dobrze czuje się w cieple. Ideałem będzie dla niej temperatura 21 stopni ale 18-25 też przejdzie - czyli taka polska, optymalna temperatura pokojowa. Monstera zacznie się męczyć poniżej 15 stopni, często swój ból przejawia w ciemnych plamach na liściach



ŚWIATŁO
Monstera (dziurawa) to roślina która tak jak i ja nie ma wielkiego zapotrzebowania na światło, super czuje się w lekko zacienionych miejscach, nie narzeka na kąty czy sąsiedztwo dużych szaf. Nie oznacza to jednak, że roślina nie potrzebuje światła, zbyt duże zaciemnienie spowoduje, że listki będą małe i nie nabędą dziur a łodygi będą cienkie i trudniej im będzie zachować pion. Zbyt duże nasłonecznienie jest jednak gorsze - liście się gotują, bledną, pojawia się suszonka przy szpicu czy otokach wcięć w liściach.



PODLEWANIE
Tu zauważyłam coś nowego- jak rośnie w cieple podlewamy regularnie, tak aby podłoże było lekko wilgotne ale nie przelane. Monstera nie lubi też zbyt dużej ilości wody bo liście robią się żółte a podłoże gnije. Warto też wspomnieć aby nie podlewać roślinki od góry tylko wlewać wodę w wiaderko/ podstawkę aby woda była pobierana od dołu - zminimalizuje to powstanie grzyba. W zimie lepiej podlewać rzadziej a skupić się na zraszaniu liści ale też delikatnie aby woda nie leżakowała. Niedawno rozmawiałam z @hellojzaboutbeauty/ która poleciła mi stosowanie nawozu do zielonych liści w przypadku kiedy listki robią się żółte i faktycznie miało to sens :) Żółć nabiera pięknego zielonego koloru. Oczywiście jeśli liście robią się żółte albo brunatne należy wstrzymać się z podlewaniem i trochę osuszyć ziemię, ewentualnie zraszać nawozem do liści zielonych ) rozrobionym wg ulotki.


NAWOŻENIE
Mało osób wie, że skończyłam też Architekturę krajobrazu i o ile nie przepadałam za roślinami ozdobnymi z kwiatów to te z liści uwielbiałam i nadaj je wielbię :) Pamiętam, że tę grupę powinno wspomagać się wiosną i latem najlepiej co 2- max 3 tygodnie najlepiej nawozami organicznymi ale a można też sięgać po nawozy przeznaczonych własnie do roślin doniczkowych, ozdobnych z liści - zielonych liści.


NABŁYSZCZANIE
Wiadomo, że tak wielkie i ciemne liście najlepiej wyglądają gdy błyszczą, wiem, że chodzą po internecie plotki aby nabłyszczać je piwem, jajkiem, masłem... No przyznam szczerze, że nie wiem czy odważyłabym się na ten krok. Na rynku jest wiele produktów nabłyszczających rośliny, warto czytać czy ona na pewno są przeznaczone do danego gatunku roślin, dobrze też sprawdzić skład, jeśli jest długi i mega niezrozumiały albo na opakowaniu widnieją napisy o łatwopalności lub truciźnie - absolutnie bym tego nie brała. Na rynku są też chusteczki nabłyszczające do roślin które też często mają znacznie lepsze składy, więc warto poświęcić im chwilę. Sama próbowałam też z naturalnymi produktami m.in. z olejem kokosowym, bardzo fajnie spisuje się do tego wewnętrzna skórka od banana. Tutaj jednak muszę zaznaczyć, NABŁYSZCZAMY TYLKO CZYSTE I STARSZE LIŚCIE, POKRYWAMY TYLKO WIERZCH, NIE RUSZAMY DOŁU LIŚCI tam są pory - aparaty oddechowe więc nie wolno ich zanieczyścić jeśli chcemy cieszyć się zdrową rośliną.


PRZESADZANIE
Specjaliści sugerują raz na rok, najlepiej wiosną ale tylko wtedy gdy roślina jest mała do metra.Przesadzamy tylko w zasobne, lekkie podłoże, najlepiej spisze się ziemia torfowa ale i taka zwykła do kwiatów będzie ok. Przesadzamy zawsze w większą donicę, zbyt mała może zahamować rozrost roślinki :)

Jeśli monstera jest spora, spokojnie możemy to robić raz na kilka lat i wtedy skupiamy się na górnej warstwie ziemi, bez potrzeby wymiany wszystkiego (porada od mojej Babci Uli). Zaczynamy w takim przypadku od obfitego podlania rośliny, następnie ściągamy jakieś 2,5-3cm warstwy ziemi z doniczki i uzupełniamy nową ziemią dokładnie przysypując korzenie. Ważne jest aby nową ziemię dobrze  ugnieść wokół  rośliny ! Tak przygotowaną roślinkę odstawiamy na 2 dni w cieniste i  stabilne miejsce, w tym czasie nie dolewamy wody.




ROZMNAŻANIE
Monsterę można rozmnażać co roku na wiosnę. Najkorzystniej przez sadzonki wierzchołkowe które umieszczamy w płytkim naczyniu, wypełnionym wodą z  węglem drzewnym lub ukorzeniaczem. Naczynko nakrywamy folią streczową, robimy otwór i wprowadzamy sadzonkę. Taką sadzonkę trzymamy w naczyniu do chwili wytworzenia  korzeni (temp. 24-30 stopni), następnie przesadzamy do doniczki wypełnionej (najlepiej) ziemią torfową. Obficie podlewamy posadzoną roślinę, dbamy o jej  właściwą wilgotność powietrza.

Jeśli podczas tworzenia sadzonki zaobserwujemy zgniliznę korzeni albo pędu, żółcenie liści i brązowienie łodyg duże prawdopodobieństwo,że roślinka  zgnije lub się rozpadnie. Taką roślinkę raczej trzeba wyrzucić  i pobrać sadzonkę z pewnego miejsca. Pozbywamy się również całego Podłoża w którym tkwiła sadzonka  bo grzyb który się wytworzył może przejść na nową roślinę.


Są też metody na stare monstery gdzie bawimy się korzeniami napowietrznymi, mchem, torfem i staramy się odmłodzić roślinę przez wytworzenie normalnego, właściwe systemu korzeniowego ale to może opiszę Wam innym razem :)

WARTO PAMIĘTAĆ ABY nie obcinać korzeni które wychodzą na powierzchnię (tzw. korzeni powietrznych). Można je podczas przesadzania delikatnie przykrywać i zniżać ich położenie ale nie wolno ich ciąć bo to zazwyczaj kończy się osłabieniem rośliny. 

WSZYSTKIE ZABIEGI PIELĘGNACYJNE WYKONUJEMY W RĘKAWICZKACH - monstera w swoich liściach i łodygach posiada sok który niestety jest trujący, może powodować alergię i podrażniać m.in.błony śluzowe.


Mam nadzieję, że troszeczkę powiedziałam Wam na temat tej rośliny, jedni mają większy level wtajemniczenia inni nie wiedzą nic ja wspominam Wam o tym co sama zaobserwowałam i czego dowiedziałam się od Babci jeśli chodzi o uprawę tej rośliny. 

Jestem ciekawa jak tam Wasze rośliny, macie swoje ulubione kwiaty?  Dajcie znać :)


Ściskam :*

_______________________________________________



Czytaj dalej »

30.04.2018

Śniadanie do łóżka!



Śniadanie do łóżka, zastanawiam się ilu ludzi i jak często oddaje się tej podniosłej chwili i celebracji poranka.
Nie zamierzam tu szyć bajek z mchu i paproci, nie należę do osób które w łóżku spędzają większą część życia  które budzone zapachem kawy unoszą rzęsy i widzą od razu tęcze za oknem.
Mój poranek zazwyczaj zaczyna się o 4.35  jęk budzika informuje WSTAWAJ PIERDOLO bo spoznisz się na dyżur. Kawa pita jest najwcześniej o godz. 11, a rano mam jedynie chwilę aby wziąć prysznic i pomalować się po japońsku czyli jako-tako.

Oczywiście zdarzają się chwilę kiedy dzień wolnego pozwala mi wylegiwac się bezwstydnie i wtedy mój ukochany M. budzi mnie przed południem śniadaniem i jeszcze przez parę godzin leżymy oglądając ulubiony serial ale te sporadyczne dni zaznaczam wielkim czerwonym kółkiem w kalendarzu.

Daleko mi do modnej instagirl która wstawia o poranku leniwe selfie z łóżka. Można z tego żartować lub nie, ale czasem zazdroszczę tym ktorzy maja czas na takie uciechy... Poranek że zdrowym shakiem, bieganie, później prysznic, film i dopiero moment na wykok do pracy. Podziwiam i jeszcze raz podkreśle ZAZDROSZCZĘ.

Dzisiejszy wpis a właściwie haslo śniadanie do łóżka chce aby dla każdego a właściwie i dla mnie samej było pstryczkiem w nos i znakiem do zatrzymania się na moment  zwolnienia i spojrzenia na świat w może nie idealnym ale totalnym slow motion. Chwila do wyłączenia się z social mediów, dniem bez ciężkiej pracy i skupieniu się na samym sobie, spędzeniu czasu w sposób jaki najbardziej potrzebujemy. Domowe spa, a może blogostan w otoczeniu ludzi z którymi chcemy spędzać każdą wolną chwilę. Doceniamy te momenty, kolekcjonujmy proste chwilę i podnośmy ich range to tych najwyższych bo nic nie zastąpi nam wspomnień i chwil z ukochanymi osobami.

MYŚLĘ, że majówka to dobry czas na wprowadzenie dobrego lenistwa do naszego życia. Nie pozwólmy aby zabrakło w naszej codzienności pozytywnych drobnostek które tworzą nasze życie szczęśliwym :)
Musiałam to napisać, co złego to nie ja :)

Ściskam Was Kochani i życzę cudownego wypoczynku, niech moc będzie Wami 🖤
__________________
Wpis ten powstał w ramach blogersko/vlogerskiej akcji „Wyjątkowy rok”, w której udział biorą również inni twórcy internetowi, których listę znajdziecie poniżej. Zachęcam was do śledzenia ich stron aby zobaczyć o czym oni opowiedzą w swoich własnych rozwinięciach tematu lutego „made with love”. A TU znajdziecie linki do ich publikacji w tym temacie.


Czytaj dalej »

26.04.2018

EKOCUDA CZY BYŁO WARTO ?


EKOCUDA to impreza która zawsze wywołuje u mnie tachykardię, tym razem jednak palpitacje nasiły się dwukrotnie bowiem nie byłam pewna czy na pewno zdążę dotrzeć na miejsce. Tym razem targi pokryły się czasowo z drugą warszawską imprezą w której brałam udział - KONFERENCJĄ MEET BEAUTY. Jednak chęci i pełne zorganizowanie sprawiło, że udało się szaloną taxą dojechać na miejsce chociażby na godzinę. 
Impreza miała miejsce w Domu Towarowym Braci Jabłkowskich, budynku który zachwyca mnie architektonicznie za każdym razem kiedy tam wchodzę, wysokie pomieszczenia, ogromna klatka schodowa i te przepiękne okna sprawiają, że chce się tam spędzać każdą chwilę.


Uczestnictwo w Targach zaczęłam od Naturativ - marki którą stosuje od dawna i niesamowicie doceniam. Świetne składy, niesamowicie lekkie produkty które działają w sposób turbo regenerujący na skórę. Kremy z serii żurawinowej zarówno do ciała jak i stóp to moi bezwzględni ulubieńcy. Tonik, masełko karmelowe do ciała czy maska żelowa 360 to są prawdziwe hiciory. Teraz na miejscu wymacałam również serię do włosów która była mi obca i przyznam szczerze, że produkty bazujące na masełku avocado oraz miodzie wołają do mnie "mamo! zabierz mnie do domu!" i całkiem możliwe, że tak się własnie w niedalekiej przyszłości stanie tylko pierwsze co - muszę zdenkować swoje zapasy :)


Kolejne stoisko to HAGI, marka która króluje u mnie w mydełkach, na zdjęciu nawet ujęłam mojego faworyta (wiesiołkowe) 




...oraz pomady do ciała które mam na wishliście. Znam już śliwkowego dobroczyńce od marki MDM ale z HAGI lubię to kakaowe po które pewnie też sięgnę niebawem :) Wyglądają obłędnie ale i działają świetnie, prawdziwa ulga dla skóry suchej, szorstkiej czy tej zwyczajnie narażonej na podrażnienia. Dla mnie wybawca kolan, łokci oraz wystającyh kości takich jak obojczyki czy te biodrowe :)









Kolejne stoisko to miejsce w którym spędziłam chyba najwięcej czasu. O mojej miłości do  Lush Botanicals słyszeliście już nie raz, nie dwa... (mogłabym chyba tak wymieniać i skończyłoby się przy setce albo i nie :D). Produkty z najwyżej jakości składników naturalnych, wegańskie, lekkie ale turbo nawilżające.





Wiecie, że z kremami do twarzy zawsze miałam pod górkę - bo albo nie robiły na mojej twarzy nic, albo powodowały szkody górnicze - zapychały mnie, powodowały dyskomfort, ściągały albo wręcz zalepiały mi twarz i zawsze ale to zawsze kończyło się zapuchnięciem powiek mimo, iż krem nigdy nie lądował w rejonach oczodołów. Z lekką obawą podeszłam do tego kremu ale już po pierwszym użyciu poczułam niesamowitą ulgę, cera była wreszcie odżywiona, wygładzona, niesamowicie miękka, zero lepkości czy nieprzyjemnego filmu. Krem stworzył idealna bazę pod makijaż, minerały wręcz obłędnie rozprowadzały się po cerze, nie migrowały a nawet mam wrażenie, że znacznie dłużej wytrzymywały na twarzy niż w kombinacji z innymi kremami.  Cudo pod oczy również spisało się na medal, lekkie napięcie, wygładzenie skóry no i ten moment kiedy korektory nawet te z pozoru ciężkie wyglądały po prostu genialnie! Nie chce Wam tu robić teraz recenzji bo szykuje wpis dla Was o tych kosmetykach ale no musiałam kolejny raz opowiedzieć o ich genialnych  właściwościach.


Na stosiku spotkałam Panią Anię która jest właścicielką marki i o dziwo jest to turbo miłe ale to ona mnie poznała i od razu rozpoczęła się nasza rozmowa. Wreszcie miałam okazję poniuchać, bezgranicznie wysmarować się i sprawdzić resztę asortymentu marki, powiem Wam, że serum antyoksydacyjne oraz anti-ageing to kolejne produkty po które sięgnę z ogromną przyjemnością :)
A i jeszcze jedna ważna informacja, nie cierpię róży, zapach jest dla mnie duszący i całkowicie nie do zniesienia a tutaj ta róża pachnie subtelnie, nie zniechęca mnie absolutnie bo aromat jest mocno tuningowany cytrusem  więc jest szał!  Zresztą nie ukrywajmy, te produkty nie dość, ze działają to jeszcze ich opakowania sprawiają, że chce po nie sięgać więcej i więcej...







Wiem, że wiele z Was zastanawia się nad zakupem, bo dostałam mnóstwo pytań czy faktycznie jest tak jak piszę ale obawiacie się, ze względu na cenę ich działania. Przypominam, że na stronie producenta macie możliwość zakupić 4 duże próbki w cenie 50zł :) więc śmiało możecie ryzykować i dobrać sobie produkty pod waszą cerę, skórę ciała a nawet usta :)


Przy Lush spędziłam ponad 20 minut więc czasu do zamknięcia było naprawdę niewiele. Wraz z Klaudyną udałyśmy się do nowej (dla mnie przynajmniej) marki CHERRY SOAP.  Na stoisku zastałyśmy przesympatczną parę która opowiedziała nam o swoich produktach: mydełkach, olejkach, hydrolatach, masłach i kulach do kąpieli. Swoje produkty tworzą i testują samodzielnie od ponad 2 lat. Firma legalnie działa od 2017 roku i powoli podbija polski rynek. Kosmetyki ujęły mnie składem oraz misternym wykonaniem. Mimo sporych zapasów no po prostu musiałam zakupić choć jeden egzemplarz - zdecydowałam się na wersję śliwkową która przeznaczona jest dla mojej turbo suchej i uwrażliwionej skóry więc nie ukrywajmy poczułam się bardzo zachęcona tym bardziej, że mydełko wygląda doskonale.  W gratisie dostałam również kulę kąpielową rozważałam długo zapach arbuz czy śliwka ale wybrałam również węgierkę :)  Spójrzcie czy one nie prezentują się cudownie?








 

Kolejne obłędne stoisko to już tym razem SOAP WORKSHOP ,   to jak sami o sobie mówią -mała pracownia z maksi sercem. Nie ukrywam widać to totalnie, że Ci zdolni twórcy wkładają tam całą swoją energię i pasję. produkty  robione są ręcznie, totalnie - wszystko! Nawet ceramiczne miseczki na świece sojowe tworzone są ręcznie, no pełen zachwyt i podziw do tego przepiękne, minimalistyczne stoisko które momentalnie ściągnęło mnie do siebie. O samych produktach mogę napisać tyle- są całkowicie wegańskie a ich składy są tak opracowane aby nie trzeba było używac oleju palmowego. Spójrzcie jaka magia!



Kolejna marka na mej drodze to BE.LOVED produkty które poznałam przypadkiem ale stosuje ich od kilku dobrych miesięcy. Uczciwie i z całego serducha polecam serum z kwasem hialuronowym  które przepięknie wygładza cerę, wpływa obłędnie na włosy i jest niezastąpionym produktem przy nakładaniu jakiegokolwiek olejku na skórę. Tym razem miałam okazję poznać szerszy asortyment niz moje serum i maseczki, nie ukrywam mocno zaciekawił mnie krem z jaśminem (bo chyba nikogo nie zdziwi fakt, że moje nozdrza i cera kochają te piękne rośliny). Niestety nie miałyśmy okazji porozmawiać z właścicielką marki bo jedna z kobietek intensywnie prowadziła rozmowe na temat pielęgnacji a też nie ukrywam czas nas gonił okrutnie ale spójrzcie co m.in. marka oferuje swoim klientom.

be.loved, kosmetyki z kawasem, naturalna pielegnacja, ekocuda
be.loved, kosmetyki z kawasem, naturalna pielegnacja, ekocuda
be.loved, kosmetyki z kawasem, naturalna pielegnacja, ekocuda

Kilka minut udało mi się również spędzić z twórcami marki  ZAPACH CISZY.  Mydełka tej firmy znam od lat ale w ubiegłym roku nie mogłam ich nigdzie dostać, oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie wypytała gdzie są moje ulubione migdałki no i oczywiście za wszystkim stoi papierologia ale dla tych z Was którzy tak jak ja ich poszukują mam dobrą nowinę - mydełka już za chwilę wrócą do asortymentu sklepu :) Ogromnym zaskoczeniem była dla mnie oferta która totalnie rozrosła się od moich poprzednich zakupów, olejki, kremiki no mnóstwo samego dobra i o dziwo z ziół których jeszcze nie ma na naszym polskim rynku m.in. przywrotnika więc uczciwie polecam przyjrzeć się im z bliska :) 

zapach ciszy, przywrotnik, serum , mydełka, olejki, ekocuda

zapach ciszy, przywrotnik, serum , mydełka, olejki, ekocuda


Kolejna marka to SENKARA - urocze opakowania z Pandą, asortyment jest duży ale zaciekawił mnie u nich szczególnie mus bananowy do ciała oraz sprytny gadżet który sama dotychczas robiłam w domu a teraz widzę, że już nie muszę bawić się w alchemika i mogę kupić go od ręki, O czym mowa? O mydełku do mycia pędzli w słoiczku. wystarczy włożyć zwilżony pędzelek i pocierać o mydełko - unikamy wtedy chlapania i brudzenia wszystkiego co nas otacza. 


MIODOWEJ MYDLARNI  chyba nie muszę Wam przedstawiać, marka która wytwarza naturalne kosmetyki z  miodem, pyłkiem i woskiem pszczelim. Produkty pszczele pozyskują w swojej pasiece która zlokalizowana jest na skraju Puszczy Knyszyńskiej. Tworzone są własnoręcznie wg tradycyjnych metod rzemieślniczych a cechują je oleje i olejki o  wysokiej jakości oraz dodatkowe produkty wzbogacające m.in. rumianek, nagietek, rozmaryn, lawenda, zielona herbata różnego rodzaju sole mineralne, glinki, algi, węgiel aktywny, jedwab, maceraty roślin w olejach, młody jęczmień, sok marchwiowy, kawa, płatki owsiane, mleko kozie, mleczko kokosowe, awokado, cynamon itp.
W ofercie znajdziecie masła, kule kąpielowe, pudry do kąpieli, peelingi, produkty do ust oraz maseczki.
Sama również zdecydowałam się na zakup marka znana jest mi z interentu ale nigdy nie miałam okazji ich testować więc zdecydowałam się na pszczelą maseczkę do twarzy z nasionkami chia i lnem. Jeszcze jej nie stosowałam ale wieczorem z przyjemnością po nią sięgnę i da Wam znać co o tym produkcie myślę :)



Chwilę spędziłam również na stoisku nowej dla mnie marki SAVON COSMETICS.  Dużo mydełek, masełek mnie najbardziej zaintrygowało chłodzące shea oraz  odżywczy mus mango do ciała :) Niestety nie było już czasu porozmawiać, za 5 minut zamykali budynek więc państwo poczęstowali mnie miniaturką kawowego mydełka które chętnie przetestuje i dam znać :) A co do firmy to odsyłam Was na stronę, abyście razem ze mną nadrobili braki i poznali firmę lepiej :)


Tak jak wspominałam zostało 5 minut do zamknięcia więc udało mi się odwiedzić tylko jedno stoisko DAW THALE, tym razem zajmujące się dystrybucją tajskich kosmetyków pielęgnacyjnych o bardzo dobrych składach w ofercie mają produkty  m.in z lawą wulkaniczną oraz bogactwem roslin  charkterystycznych dla tamtego regionu. W ofercie mają zarówno pielęgnację twarzy jaki ciała , kosmetyki zarówno dla kobiet jak i mężczyzn ja oczywiście musiałam uchwycić na miejscu te dla brodaczy bo mam takiego swojego jednego boskiego w domu więc wszystko co dla brody musi być wymacane i poniuchane.  Zapach Original to jest mistrzostwo świata, mogłabym się nim spsiukiwać  do granic nieprzyzwoitości !  Na pewno zakupię go w mgiełce dla siebie albo pomadzie dla mojego M :)
W turbo przelocie zdążyłam jeszcze zajrzeć  na kilka stoisk, ale  niestety już nie miałam czasu aby przyjrzeć się produktom z bliska. Bardzo ubolewam, że minęłam się z JAN BARBA, KOI, BEARMAN, ALKEMIE, SAPE, IDEA25HENNET,  CASHEENATURALS, SOAP SHOP, AMILIE, EKODROGERIA, YOPE, EARTHNICITY, DWORZYSK, WYTWÓRNI MYDŁA, dziewczyn z PIGGYPEG  oraz cudnego rudzielca z NAPIĘKNEWŁOSY.




Niestety czas mnie ograniczył i to mocno, bo tak skoczyłabym do wszystkich zaplanowanych i wielu, wielu innych wystawców. troszkę żałuję ale i tak mega się cieszę, że w przeciągu godziny udało mi się poznać tak wiele nowych osób i posłuchać o pasji którą niewątpliwie żyją :)


Kolejne EKOCUDA - bez dwóch zdań jadę :) Bo naprawdę warto brać w nich udział :)  Ps. chce też zaznaczyć, że z okazji takich Targów marki oferują spore rabaty a jesli nie obniżki to sporo gratisów więc to dobra okazja na łowy :) 

Ściskam Was Kochani i uciekam szukać maski do włosów która prześladuje mnie już kolejny dzień :)
Czytaj dalej »

28.02.2018

#MADE.WITH.LOVE!/ HISTORIA CZERWONEJ POMADKI





Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że każda współczesna kobieta maluje usta. Mogą to być błyszczyki,pomadki nawilżające lub turbo intensywne odcienie o różnym wykończeniu ale zawsze coś pokrywa nasze wargi.W moim przypadku najczęściej sięgam po czerwone kolory,klasyczne czy bardziej ekstrawaganckie służą nam kobietom od lata nawet wieków. Zdziwione? Poznajcie historie czerwonej pomadki!









Pierwsze wzmianki o karminowych pomadkach pochodzą ze starożytności a dokładniej z antycznej Mezopotamii, Egiptu. Mieszkanki tych rejonów świata otrzymywały barwiące mazidło w sposób połączenia ze sobą nietypowych składników: skruszonych: kamieni szlachetnych, żuków, ochry i karminu. Mieszanka przepoczwarzała się w zależności od regionu ale w większości przypadków była bardzo trującą kompozycją która przyczyniała się do przedwczesnej śmierci. Miejsce zamieszkania również wpływało na formę mikstury oraz rodzaj aplikacji - Egipcjanki nakładały go za pomocą dłoni, Japonki całowały nasączoną pigmentem bibułkę natomiast w Grecji używano patyczka. Pomadki Greczynek opierały się na papce z rozgniecionych jeżyn oraz zmielonych korzeni czerwienicy barwierskiej. Pomadka miała bardzo intensywny odcień i o ile było to niezwykle chwalone w Egipcie gdzie wyrazisty makijaż stanowił kanon urody i był oznaką oddania czci bóstwom to w Grecji po tak napigmentowane pomadki sięgały głównie prostytutki.Zupełnie inaczej było w starożytnym Rzymie gdzie czerwień na wargach mogły nosić jedynie kobiety o wysokim statusie społecznym.

W średniowieczu, epoce rozwoju chrześcijaństwa i skromności czerwona pomadka była powodem do napiętnowania.Kobiety widziane z czerwonymi ustami zazwyczaj były szykanowane i posądzane o kontakty z szatanem. Intensywne usta stały się synonimem rozwiązłości i wszechobecnego zła. Przełom nastąpił w drugiej połowie Średniowiecza kiedy to księżne i królowe przypomniały sobie o zaletach intensywnego koloru. Ideałem było posiadanie idealnej, mlecznej cery oraz krwistoczerwonych warg, aby uzyskać ten efekt władczynie posuwały się do mocno abstrakcyjnych kompozycji o których w dzisiejszych czasach toczony byłby niejeden bój "barwniczka" tzn. wywar z jaszczurki plamistej, krew jeża, odrobina siarki i szczypta arszeniku. Oczywiście chyba nie muszę wspominać o jej destrukcyjnym działaniu na życie człowieka. 
Barwniczka czyli jedna z pierwszych nazw czerwonej pomadki przezywała swój niesamowity rozkwit w okresie Baroku. Ponownie a nawet jeszcze intensywniej nasilił sie kult białej cery, ogromnych pukli i czerwonych ust, które o dziwo zdobiły ( kwestia umowna) również męskie wargi. 
Barok jak zapewne wiecie kiedyś musiał się skończyć a wraz z nim powoli zaczęto odchodzić od wszechobecnego przepychu. Również dobre imię czerwonej przemieniło się ponownie w symbol prześladowań. Historia podaje, że końcówka XVIII wieku to był istny Salem dla miłośniczek owego makijażu. Prym w piętnowaniu wiodła Wielka Brytania która wprowadziła w swym prawie akt który wyraźnie oskarżał te kobiety o powiązania z diabłem, a każda ingerencja w poprawę urody była przestępstwem za które ponoszono kary: m. in. publiczne naznaczenia, wykluczenia, grzywny a nawet pozwalały mężczyźnie rozwieść się w trybie ekspresowym, jeżeli zgłosił, że kobieta przed zamążpójściem nosiła makeup. Kobieta pomalowana była traktowana ponownie jak wiedźma która swym nowym wcieleniem pragnie przygruchać sobie kochanka, a co za tym idzie kobietę rozwiązłą i niegodną związków. Zupełnie inaczej sytuacja się miała w Japonii, gdzie czerwona pomadka postrzegana była jako symbol siły, tajemniczości kobiecości i elegancji. Stała się również symbolem Gejsz. 
Dodam tylko, że pomadki XVIII wieczne to mikstury bazujące na mieszance karminu, szafranu, etanolu, stopionego wosku, wyciągu z ogórka i uwaga cielęcego kręgu lędźwiowego. Pomijając kręg hodowlanego dzieła skład wydaje się całkiem niezły i już zdecydowanie doskonalszy niż projekty średniowieczne.
Dacie wiarę, że pierwsza pomadka pojawiła się w sprzedaży dopiero pod koniec XIXw.? Wypuszczona na rynek w 1883r. zawierała w sobie wosk pszczeli, farbowany olejek rycynowy i ŁÓJ JELENIA! Pomadka sprzedawana była w metalowych słoiczkach, opakowania jednak były niepraktyczne dlatego też paręnaście lat później światło dzienne ujrzała nowa szminka- przełomowa tubka marki Guerlain. Pomadka zyskała ogromną popularność a czerwone usta na nowo weszły na salony - głównie za sprawą aktorek czarno-białych filmów niemych. Aktorki malując usta w ten sposób dodatkowo podkreślały kontrast dodając ekspresji swojej twarzy.Charakteryzatorami gwiazd kina niemego był słynny MAXFACTOR który również wypuściła na rynek swoje pomadki, a chwilę po nich Elizabeth Arden która promocję sklepu przeniosła na dzień manifestu, każda z sufrażystek otrzymała czerwoną pomadkę. O czerwonych pomadkach zrobiło się jeszcze głośniej. Trend makijażowy porwał Europę a co za tym idzie stylowe marki m.in. CocoChanel czy Estée Lauder które sprzedawały czerwone sztyfty w swoich butikach. W Europie w la­tach dwu­dzie­stych czer­wo­ne po­mad­ki naj­chęt­niej no­si­ły fla­per­ki które uważały, że odcień ust miał pod­kre­ślać ich nie­za­leż­ność i podążanie za trendami.

Okres II Wojny Światowej to niezwykle trudny czas, brak produktów spożywczych m.in.różnego rodzaju olei i tłuszczy m.in. potrzebnych do wytworzenia pomadek. Mimo ciężkiego czasu kobiety nadal chciały wyglądać kobieco, ze względu na ciężką dostępność  pomadka stałasię towarem niezwykle rzadkim i luksusowym. Cery drastycznie wzrosły więc automatycznie stały się produktem niedostępnym dla ogółu. Marki aby obniżyć koszt pomadek zrezygnowały z metalowych opakowań na korzyść plastikowych czy papierowych.  Po wojnie kiedy świat powoli zaczął wkraczać na lepsze tory, po pomadki sięgnęły gwiazdy ekranu - kolorowego ekranu :) Do zwolenniczek czerwonych ust zaliczymy: chyba najbardziej charakterystyczną - Ma­ri­lyn Mon­roe, Eli­za­beth Tay­lor, Ava Gard­ner, seksowne kobiety które napędzały koniunkturę  bo przecieżkażdy facet chciał mieć taką kobietę, a każda kobieta chcała wyglądać tak jak jedna z nich.
Badania przeprowadzone na początku lat sześćdziesiątych wykazały, że do końca lat pięćdziesiątych, aż 98% kobiet w Stanach Zjednoczonych  używało już szminek ( w odcieniach czerwieni i bordo)
Kolejne lata - 60"te to nawiązanie do czerwieni pomarańczowej a  70'te to mała lawiracja w bardziej malinowe tony. W latach późniejszych zaczęły pojawiać się nowe wykończenia- perłowe, błyszczące itp. W roku 1984 pojawił się MAC który jako pierwszy wypuścił nietypowe sztyfty - niebieskie , żółte itp. ale nigdy nie zrezygnował z czerwieni której ma  w swoich szafach kilkanaście odcieni :)



Obecnie czerwona pomadka to  już kultowy "kolor" chociaż tak naprawdę to jedynie wyjściowa baza  do miliona odcieni które można stworzyć pod mianem "red lipstick". Swoją drogą zastanawiam się kto kojarzy się Wam z czerwoną pomadką, jakaś gwiazda kina a może ktoś ze świata muzyki? Podzielcie się swoim skojarzeniem.  Nosicie czerwone usta?

Ściskam 💓
_____________________________________________________________________
PS. W Polsce pierwsza wykręcana szminka pojawiła się w 1923 roku.
_____________________________________________________________________

***Wpis ten powstał w ramach blogersko/vlogerskiej akcji „Wyjątkowy rok”, w której udział biorą znani twórcy internetowi, których podlinkuję Wam poniżej.Zachęcam Was zajrzenia na ich strony aby zobaczyć ich historie „made with love”. A TU znajdziecie linki do ich publikacji w tym temacie.


Czytaj dalej »

30.12.2017

CO MI PRZYNIÓSŁ ROK 2017 ?


Ludzie zawsze na Nowy Rok zaczynają snuć niesamowite plany, stawiają kreskę , odcinają się od tego co złe i niewygodne. 1 stycznia konstruują w swych głowach lub na papierze plan - napoleońską strategię na kolejne miesiące. O ile idea jest wybitna i nawet przez pierwsze tygodnie adrenalina napędza do działania tak z pojawieniem się lutego granica nowego i zapewne lepszego żywota zostaje przesuwana na później i tak znów mamy piździernik, Zaduszki i ubieranie choinki. Znowu lista nabiera nowego znaczenia. Wystarczy jedynie przekreślić datę, uaktualnić rocznik i znowu ruszyć z atakiem....





Czy w moim przypadku było podobnie? 
Ci którzy mnie znają/obserwują wiedza o tym, że raczej nie brakuje mi zajęć w życiu codziennym, a jeśli tylko znajduję wolną chwilę szybko zapycham ją czymś nowym. Blogowy rok 2017 spędziłam na totalnym spontanie, nie było planów, wpisów z wyprzedzeniem  ani nawet strategi przejęcia blogosfery, kończyło się raczej parszywie jak u Pinkiego i Mózga  a to dlatego, że każdy wolny dzień nie obfitował w przypływ weny a pisanie na siłę  nigdy nie uszczęśliwiło żadnej ze stron. Podziwiam ludzi którzy potrafią trzaskać z przymusu 20 tekstów. Pistolet przy skroni i klepiemy, teksty o makaronie, dezodorancie do stóp,  słodkich piesełkach  czy lotach w kosmos. Byle aby złapać ofertę, stworzyć wpis i wypchnąć go dalej i z otwartym portfelem czekać, aż deszcz szeleszczących zasili portfel. Nie musisz się znać, nie musisz mieć weny "pisz, pisz" bo Kominek radził wstawiać dużo wpisów w tygodniu. Niestety jeśli jesteś realnym człowiekiem który prowadzi prawdziwe życie nie siedzi tylko w ciepłym, aż się prosi uruchomić klasyka i napisać kurwidołku  domu nie ma możliwości pisać na spontanie. Wena budzi się w różnych miejscach i to zazwyczaj wtedy kiedy nie masz wolnej  żadnej kończyny górnej - przynajmniej tak jest u mnie, jeśli nie podczas podpinania kroplówek to w wannie albo momencie szprotowania w komunikacji miejskiej. Mimo braku rozpiski rok 2017 uświadomił mi wiele i przyniósł zaskakującą ilość niezapomnianych chwil...

Zacznijmy od początku...

STYCZEŃ
W tym miesiącu miałam okazje jako jedna z nielicznej grupy bloggerów brać udział w evencie organizowanym przez redakcję Face&Look . Spotkaliśmy się wtedy na ostatnim pietrze warszawskiego Mercurego i omawialiśmy misje portalu. O całości opowiadał nam m.in. Conrado Moreno redaktor naczelny wyżej wymienionego magazynu. Podczas spotkania oczywiście nie mogło zabraknąć mojej wspaniałej ekipy :) Mileny, Michała, Klaudyny i Angel :) 

***Podróż do Warszawy była przednia. Milena pamiętasz, śnieg, gogusia i kamienie? :D




LUTY
Nie wyjeżdżałam zbyt daleko 11 lutego miałam okazje brać udział w lubelskim spotkaniu blogerek, Był to niesamowity czas ponieważ, po długiej przerwie spotkałam większość kumpel ( TUTAJ MOŻECIE POCZYTAĆ O NIM WIĘCEJ). W spotkaniu brał również udział Pan Artur, człowiek o niesamowitej osobowości i wiedzy,  studiowanie książek trychologicznych nie dało mi tyle co godzina jego opowieści o chemicznych wiązadłach w budowie włosa :)  Joico znowu udowodniło, że wyprzedza inne marki z branży włosowej ;)
W tym miesiącu również obchodziliśmy swoją rocznicę z M. , nie byle jaką bo 10 i z tej okazji mój Maciek przyjął na chwilę bloga i zamieścił swój pierwszy wpis. Oprócz tego na blogu pojawiła się nowa kategoria #niekosmetyczniulubieńcy  która o dziwo zostało bardzo pozytywnie odebrana :)


MARZEC
Rozpoczął się kolejnym wyjazdem do Warszawy a następnie szybką teleportacja do siedzimy marki Tenex która zapewne dobrze kojarzycie z produktów Dermo Future. Na miejscu poznaliśmy najnowsze preparaty marki, była okazja przetestować na sobie ich najnowsze produkty. Prowadziliśmy rozmowy na temat kosmetyków jakich brakuje nam w szafie marki, co wymaga poprawy, po fali prezentów wywieziono nas do pałacu i kazano tam zamieszkać ! Ale o  tym co tam się działo ( a działo się więcej niż sądzicie) przeczytacie tutaj.

KWIECIEŃ
Tutaj miarka się przebrała, potwornie obraziłam się na pewną "czerwoną" drogerię. przegieli po całości. Wpis ogólnie był jednym z popularniejszych i tak naprawdę co chwilę zyskiwał tysiące wejść. Nie statystyki są jednak w nim ważne a komentarze od dziewczyn które spotkało dokładnie to samo. Zapraszam do lektury.
W tym miesiącu również udało mi się podjąć pierwszą większą kampanię tym razem z marką Zalando, do dzisiaj jesteśmy w ciepłych relacjach więc opłacało się bardzo :)

MAJ
Był miesiącem w którym miałam dość blogowania, obłuda ze strony niektórych blogerek, pokazywania swojego życia, tworzenie perfekcyjnej kreacji, osób o wielkim sercu a w rzeczywistości bycie wrednymi suczami babami. Sprawiło, że  zrobiłam sobie detoks od bloga i reszty tego bajzlu. Co zresztą zaowocowało,  wymianą myślenia. Porzuceniem chorego wyścigu w którym nigdy nie chciałam brać udziału a jednak ze względu na parę ludzi niechcący w to wsiąkłam i totalnie nie byłam sobą. Źle się z tym czułam dlatego przerwa była konieczna, wymiana filtrów w głowie na nowe i czysta przyniosła wielkie oczyszczenie. Na szczęście ten stan utrzymuje sie do teraz :D
Jeśli chcecie poczytać o tym jak się wnerwiłam to znajdziecie wpis PRAWDA O BLOGERKACH.

Na szczęście w maju było też trochę dobrych momentów -odbyła się konferencja Meet Beauty. Na którą drugi raz mnie zaproszono i potwierdzam, to już kolejny raz to ogromna ale i czaderska impreza która zrzesza najlepsza grupę influencerów urodowych. Tym razem impreza była dwudniowa a "ekipa z Atosu" to dosłownie elita elit :D Świetnie się z Wami bawiłam i przyznam szczerze, że myślę już o kolejnej konferencji :) No i trzeba powoli ogarniać nocleg :D








CZERWIEC
W czerwcu  znowu z Esem ruszyłyśmy do Warszawy, tym razem na małe Secrets od Beauty które organizował jak zwykle Michał z bloga twoje Źródło Urody :)  Poznałam wtedy na własnej skórze nową (dla mnie markę) MALU WALZ. Doskonałe zabiegi wykonywano na nas w gabinecie marki. Mimo, iż była to impreza jednodniowa jak zwykle sprawiła, że z totalnym zacieszem wróciłam do domu. Dzień później M. narobił mi stracha pobytem w szpitalu, na szczęście mimo ogromnego strachu wszystko zakończyło się dobrze :) Z blogowych kwestii odkryłam 3 hiciory do których wracam  jak boomerang :) W tym miesiącu zaczęło się również kilka naprawdę sporych projektów na których zarobiłam większą gotówkę na swoje zdjęcia - to mega cieszy gdy ktoś docenia Waszą pracę :)


LIPIEC
Zaczął się aferą blogerską, zadymą nieludzkiej wielkości. Blogerki zaczęły żerować na  tekście Rudej tekście i zwyczajnie pastwić się na innych autorkach. Jako, że wnerwia mnie kradzież tekstów i pasożytowanie na czyimś pomyślę znowu musiałam skomentować, a jako, że mam w sobie syndrom obrońcy i zawsze staję w obronie pokrzywdzonych to znowu zrobił się dym na blogerze. Pewnie pamiętacie ten wpis ale jakby coś podsyłam.


Koniec lipca obfitował w niesamowitą przygodę. Poniosło mnie, aż do Gdyni. Dostałam zaproszenie na See Blogers. Udział w tym evencie uświadomił mi wiele, pierwsze - kojarzą mnie ludzie z branży beauty ale również innych dziedzin blogerskich. Impreza tego typu niesie za sobą niesamowity rozwój, pozwala w krótkim czasie poszerzyć horyzonty, poznać niesamowitych twórców internetu. SB łaczy to co kocham czyli przyjemne z pożytecznym - zabawę + edukację. Scena główna jest niesamowita - genialne prelekcje które na prawdę dużo rozjaśniają. To też świetna okazja do budowania relacji z markami, wreszcie miałam okazję poznac się na żywo z przedstawicielką firmy z którą utrzymuję kontakt, od początku blogowania. W tym roku byłam jedynie na dwoch warsztatach ale nie żałuję te na które trafiłam były interesujące - jeden dotyczył modernizmu a drugi obsługi social mediów. To zdecydowanie oryginalny event który widać, że stale się rozwija. Państwo Zającowie odwalają kawał dobrej roboty dlatego z ogromna przyjemnością zgłoszę się również na przyszłe See :) 

*** BalbinaOgryzek i KobietaZmiennaJest zafundowały mi w Gdyni hektolitry radości <3


Na blogu natomiast pojawiła się nowa seria #szybkie recenzję. Która została bardzo pozytywnie odebrana przez czytelników :)

SIERPIEŃ
Myśląc o nim w głowie dudni mi jedno okropny upał i prawie 300h pracy wyrobionej w miesiącu. Mimo tego udało się stworzyć pięć wpisów na blogu. Najbardziej chodliwe ten o moim sposobie na wypadanie włosów oraz detoksie dzięki któremu w  dwa tygodnie zrzuciłam  sporo kilogramów :)
Po zakończonym oczyszczaniu ubyło ponad 8 kg i na szczęście  po 4 miesiącach wróciło tylko 800g  mimo, iż jadłam normalnie :) Teraz od pierwszego stycznia czeka mnie znowu detoks więc może akurat ktoś do mnie dołączy i powalczy o lepsze zdrowie i wagę :D WPIS O DIECIE TUTAJ.


WRZESIEŃ
Dobiłam do 30stki :) miały nastąpić wielkie zmiany a jedynie utwierdziłam się w przekonaniu, że jestem szczęśliwym człowiekiem :) Od września rozpoczęłam planowanie na blogu, zaczęłam nawet spisywać pomysły aby odciążyć trochę głowę :D Zaowocowało to nawet powstawaniem w przyszłości większej ilości wpisów w social mediach :) 

PAŹDZIERNIK
Miesiąc spędziłam na edukacji, zrobiłam kilka deramtologicznych kursów przez internet. Zaangażowałam się w projekty zdjęciowe które później wykorzystano w serwisach kilku znanych marek. Zrozumiałam też, że potrzebuje lepszego sprzętu bo nie da się wszystkiego ogarnąć kompaktem. Rozpoczęło się więc poszukiwanie sprzętu idealnie spełniającego moje potrzeby :)
Na blogu pojawiły się wpisy związane z problemami skórnymi oraz bardzo popularny w dalszym ciągu - jak zostać ambasadorką marki.
Dopadł mnie również Shadowban z którym starałam sobie radzić na różne sposoby.

LISTOPAD
Znowu nie obyło się bez doskonałych imprez, najpierw spotkałyśmy się w BRAMIE aby wesprzeć zwierzaki a pod koniec miesiąca wyjechałam do Warszawy a później do Serocka. Nie no, SEROCK musicie przeczytać. To co tam się działo szokuje poprzedni Secrets od Beauty. Mimo, iż "pokój 204" nigdy nie będzie do przebicia :D ZAPRASZAM WAS NA WPIS O SEROCKU.
Udało mi się polepszyć zasięgi instagrama, czytałam wiele na temat Shadowbana dlatego opierając sie o swoje obserwacje i wiedzę sprawdzoną przez inne blogerki stworzyłam wpis JAK SIĘ POZBYĆ SHADOWBANA.


GRUDZIEŃ
Zorganizowałyśmy z Klaudia ( Czarnulkaablog) genialne spotkanie charytatywne. Zebrałyśmy blisko 1100zł na dzieciaczki z Lubelskiego Hospicjum. Podjęłam wyzwanie zorganizowania kolejnej edycji Gwiazdkowej paczki na naszej ELICIE (grupa dla najlepszych polskich, blogerów urodowych) i o dziwo się udało. Dołaczyłam do Blogmas i nawet stworzyłam kilka świątecznych wpisów :)
Tydzień temu na blogu pojawiło się pól miliona wyświetleń za co Wam serdecznie dziękuję <3.

Wywiązałam się ze wszystkich współprac i zapięłam  cały rok na guzik z pentelką :)



Podsumowując rok 2017 mimo, iż nie był najłatwiejszym pod kątem kwestii zdrowotnych to pod kątem blogowania  wypadł niezwykle dobrze. Poszerzyłam tematykę bloga o design, niekosmetycznych ulubieńców a nawet kuchnie. W 2018 zamierzam publikować więcej wpisów dotyczących wnętrz ( bo temat jest mi bardzo bliski). Rozwinęłam trochę konto na facebooku, mimo sporych utrudnień udało mi się przetrwać shadowbana i powoli wrócić na lepsze tory na instagramie. Dużo szkoleń, dużo kursów przestawiło mój system pracy. Zaczęłam planować, słuchać siebie a nie porad innych. Jestem sobą, mam 30 lat i dużo szczęścia w serduchu. Dziękuję każdemu z osobna, że tu zaglądacie i że mimo moich wad ( bo przecież każdy je ma) jesteście tu razem ze mną. Plany na nowy rok są  ale o tym dowiecie się już innym razem



Kończy się rok, dlatego życzę Wam Wymarzonego 2018! Niech będzie lepszy od poprzedniego :)

Ściskam !

Czytaj dalej »

9.11.2017

SECRETS OF BEAUTY - W SERCU SEROCKA

Dziś zabieram Was w podróż nie byle jaka bo do samego serca Serocka. Co tam się działo przechodzi najśmielsze oczekiwania, zostańcie ze mną do końca.



PIĄTEK
Wszystko zaczęło się o poranku, budzik swym wrednym jękiem dał znak o swoim istnieniu. Nieludzka godzina, czwarta czterdzieści, brak prądu na całej ulicy i ja... malująca się przy świeczkach i ringu na telefon. Szok, miałam nadzieję, że to ostatnie przeciwności losu w mojej dalekiej podróży ale nie... Los bywa przewrotny a w tym przypadku raczej stabilny w swych zawrotach. Do Lublina dotarłam prawie, że stopem, wepchałam się do zatłoczonego busa który zwalniał z każdym kilometrem. Na przystanek dotarłam jednak grubo przed czasem. W busie poznałam niezwykle sympatyczną Natalię która jak się okazało jest managerem jednej z najpopularniejszych polskich firm kosmetycznych. Niesamowita dziewczyna z którą nadal utrzymuję kontakt niestety wyskoczyła przed samą Warszawą więc miałam jeszcze 40 minut aby wyciągnąć knige i zaczynać się doszczętnie w słowo pisane Mary Roach. Dojechałam do Warszawy na 11.30 i kręciłam bączki w rejonach Złotych Tarasów, nie jest to moja pasja ale obiecałam poczekać na Niewyparzoną Pudernicę  więc jako wygadana i słowna czekałam z wytęsknieniem tym bardziej, ze wiało i dmuchało z każdej strony. Znudzona tym czekaniem wpełzłam w podziemia aby wyjść jej na przeciw, dementuje wcale nie zgubiłam się w tych klaustrofobicznych korytarzach i to ja wyszłam na przeciw Wiolce - chociaż ta twierdzi inaczej :D tak czy inaczej wreszcie się spotkałyśmy :D Pośpiesznie udałyśmy się na przystanek, tak przynajmniej myślałyśmy... Tjak...To zatrważające jak warszawiacy nie znają swojego miasta, pytałyśmy o drogę po czym każdy z nich wskazywał inny przestanek, tym sposobem zaliczyłyśmy każdą budę tramwajową i każdy możliwy mpk w promieniu 0,5km. Kiedy wreszcie jakaś ogarnięta dusza wskazała punkt docelowy, obadałyśmy szybko autobusy magiczny pojazd miał nas zawieść na przystanek końcowy, niestety postanowił pojechać trasą zmienioną i nie zawiózł a wywiózł nas na końcowy Włoch. Dodam tylko, że chciałyśmy wysiąść na Dworcu Zachodnim. Tak, nie 13 a 3 przystanek, troszkę nam się zeszło, więc zanim dojechałyśmy na miejsce na dworcu zgniły, ukorzeniły a następnie puściły nowe pędy Czarszka i Arsenic które czekały na nas bagatela jakieś dobre  dwie godziny. Kiedy już po mojej zabójczej fotografii udało się nam spotkać, oczom naszym ukazał się on-ogórek PRL,  z kierowcą nieziemskiej urody i głosem tak subtelnym, że ja - osoba kochająca szeleszczącą wymowę nie byłam w stanie rozpoznać w jakim języku do nas przemawia. Autobus wyposażony był w niesamowity kasownik, kasa biletowa która wydawała z siebie zgrzyty jak piwnica w Tartarze. Nie było ciekawie, tym bardziej, że nade mną wisiała siatkowa półka na której dyndała gaśnica. Drzwi się zamknęły, bagażnik również (o bagażniku polecam obejrzeć film, bo treść pisana tego nie odzwierciedli) ruszamy. Wątpliwa radość gości na naszych twarzach. Google maps podpowiadają 42 minuty do celu, trwoga w oczach ale cóż to jest dla nas gaduł damy radę. Kolejny przystanek... pierdyliard ludzi ładuje się do środka, nie jest dobrze... Baba z torebka a'la jamnik robi mi co chwilę trepanację czaszki, skronie pulsują, wqrwy cisną się na język, ale nie - jestem zajebiście wyluzowanym kwiatem lotosu na tafli jeziora... Załadowany po kokardki autobus, szyby zamknięte kierowca z rękoma na kierownicy pali szluga przy zamkniętych oknach. (Czy tak wygląda koniec świata?) Delikatny rzut oka na aplikację - w ciul kilometrów do celu. Na kolejnym wsiada ona- Beata Kozidrak lata 80 #białatrwała, kupuje bilet do Serocka - jest! Kto by pomyślał, że będzie naszym wybawieniem. Wzrok czterech rozdartych i przerażonych bloggerek utkwiony w trwałej. Czekamy aż, będzie przeciskała się do wyjścia. Czekamy, czekamy, czekamy... podróż trwała blisko godzinę czterdzieści. Jest, świeże powietrze, stoimy na chodniku - Biała Trwała wskazuje nam drogę. Zajebiście długą, pod górkę, po ażurowej kostce brukowej ( chyba rozkradli). Idziemy, idziemy niesiemy walizki, wyciągamy gałęzie, druty i liście z kołek, dudnimy jak konie po betonie w znienawidzonej piosence Golców. Po drugiej stronie wynurzają się kanalarze ( chyba mnie poniosło z tym słowotwórstwem) wyglądają jak napalone Kreciki z czeskiej bajki, gwiżdżą, śpiewają. Do dziś serce me się raduje, że wprowadziłyśmy jakaś drobną atrakcję w sercach tych mężczyzn. tak czy siak jest grubo, kolejny kilometr rondo a za nim punkt docelowy. Laski - jesteśmy na miejscu!

Secrets od Beauty tym razem odbył się w Serocku, ba w samym centrum Serocka, choć podróż i runmageddon przez całą miejscowość wskazywałby jednak na obrzeża. Hotel i restauracja Złoty Lin miejsce żarła, spania a przede wszystkim najlepszej pod słońcem imprezy dla bloggerów jakim jest SOB. 
Hotel przyjazny dla odwiedzających, jedyny feler - brak windy co skutkowało kolejnym wnoszeniem walizki  po schodach. Boże, jak dobrze, że dostałyśmy z Czarszką pokój na pierwszym, inaczej reanimowałybyśmy się chyba na półpietrach leżąc na naszych tobołach. Tak czy inaczej zainstalowałyśmy się w pokoju. Przebrałyśmy w wygodniejsze ciuchy i poszłyśmy jeść, tak - nawet ja bo komendant Czarszka pilnował talerza. W ogóle na miejscu w restauracji wreszcie poznałam genialne dziewczyny, aż chce się napisać Ola, Ola. Ola z kanału HeyItsAlexK oraz Olę Wroobela (swoją drogą uzależniłam się od jej yt i inststory mega!) Dobra gdy tak sobie pałaszowałyśmy ( ja szpinak z frytkami) na sale wpadła ona i jedyna w swoim rodzaju eteryczna Ekstrawagancka, dacie wiarę, że przez kilka dni nie przyznała się, że również została uczestnikiem? Chciałam ją ściskać i mordować jednocześnie. Mega radochę mi sprawiła :) Po chwili dołączyła przepiękna Angel no i już czułam się jak w domu :D Kiedy my tak sączyłyśmy piwo, Michał informował na bieżąco o swych kulinarnych podbojach w piekarniku a my z językami przy kolanach ( brzmi to dwuznacznie) czekałyśmy na mufinki :) 
Powoli znajome twarze zaczęły docierać do hotelu a co z tym związane odwiedzać nas w pokoju :)  Ola, Ania, Patrycja, Monika i Margareta chyba później dotarły. Nie  jestem pewna,  tak dużo się działo, że już nie pamiętam dokładnie. Spacerniak z Klaudyną na stację CPN, następnie powrót na coś słodkiego, coś nie byle jakie bo tort urodziny Margarety i Michała :) Było śpiewanie sto lat i w sumie integracja ( o ile da się bardziej) do późnych godzin nocnych :). 



SOBOTA
Poranek, standardowo wybudziłam się wcześniej od innych i aby nie obudzić współmieszkanki Pauliny, ruchem bezszelestnej gąsienniczki spełzłam z łóżka i pomknęłam na jednym wdechu się ogarniać. Na szczęście w porę przybył Michał który oznajmił " Laski nie malujcie się idziemy na warsztaty i będziemy się tam pindrzyć" :) Ok! Duch bieluch ze zrobionymi jedynie brwiami (jak chcecie zobaczyć mnie bez makeupu to wbijać tutaj, ale ostrzegam jest hardcore) pobiegłam na śniadanie "porzuć liść sałaty z pomidorem i twarożkiem". Komendant czuwał więc jadłam :) Gdy brzuszki już wypełnił pokarm a zęby zostały umyte, o godzinie 10 rozpoczęły się warsztaty z marką Gosh Copenhagen. Prowadziła je znana nam dobrze Pani Ania Mucha, chyba nie muszę jej nikomu przedstawiać. Mega ciepła, sympatyczna ale co najważniejsze profesjonalistka w swych fachu. Pani Ania zaprezentowała nam propozycję makijażu fotograficznego a następnie każdej z nas podpowiadała co robić aby wydobyć naturalne piękno a jednocześnie nie wyglądać na przerysowaną. Oprócz fantastycznych porad nauczyła nas kleć rzęsy Eylure. 



Ogólnie nasza znajomość chyba wskoczyła na wyższy level bo Pani Ania otworzyła swój magiczny kuferek i pozwoliła nam bezkarnie malować się wszystkim co tam znajdziemy. Powiem Wam, że jeśli macie okazję to sprawdźcie ich rozświetlacze w buteleczkach bo to turbo galaktyczny błysk ale bez tandetnych drobinek. Tafla <3  Dostałyśmy na tych warsztatach kilka bardzo fajnych kosmetyków, o tuszu napiszę już na dniach bo robi turbo robotę, tuninguje rzęsy jak mało co :) No i kosmetyczkę, nie wiem jak Wy ale kocham kosmetyczki tej marki wreszcie wymiary które spełniają moje potrzeby :D

Warsztaty umilały nam również pyszne muffinki, niestety załapałam się tylko na jedną ale mówię Wam - Michał zawsze kozaczy w tej kwestii. Nie wiem czy w ogóle nie powinien otworzyć jakiejś hipsterskiej muffinkarni i opylać swoich wypieków za gruby hajs. Bo serio, warte są każdej złotówki, a mówię to ja niejadka, wybredniak większy niż królowa Wielkiej Brytanii. 

Krótka przerwa i wkroczyliśmy na inne tory tym razem doszło do nie jednej burzy - mózgów (od razu przypomina mi się las krzyży). Rozmawialiśmy o współpracach, o grupach wsparcia, o projektach jakie usprawniają nasze działania w sieci. Były to warsztaty głównie dla influancerów więc nie będę się o tym zbyt długo rozpisywać. 

Po południu udaliśmy się na jedzenie bliżej centrum Serocka, zamysł był - pizza ale  ta odległość do miasta sprawiła, że ekipa osiadła w Chińczyku. U mnie skończyło się na piwie, ale dziewczyny dostały porcje rodzinne, talerze wypełnione kurchanem ryb czy polem ryżu okraszonym mięsem z całego zwierza. A tak poważnie, cena mała, porcje gigantyczne ruch jak na Marszałkowskiej. Ja, jako pionier gatunku zamówiłam pizze do hotelu. Nie jest to może lubelska z Indexu ale i tak była dobra :) Opałaszowaliśmy ją w Vip małżeńskim roomie z wanną w kształcie serca. 





Zgadnijcie kto ma najdrobniejsze łapki internetu ? Podpowiedź na zdjęciu :)



Dosyć późnym wieczorem rozpoczęły się kolejne, ostatnie już warsztaty "FOTOGRAFIA - jak ważny jest detal". Niby luźna pogadanka a jednak wiele wniosła chyba do każdej głowy. Kadrowanie, kształt, kompozycja, jakość produktu, sterylne warunki pracy, wyrobienie własnego unikatowego stylu to naprawdę robi różnicę. Swoją drogą korci mnie aby przygotować dla Was taki wpis.

Sobotni dzień trwał znacznie dłużej niż piątek, nikt jednak nie chciał iść spać. Tak to już bywa na SOB-ie. Każdy chce wydłużyć chwilę maksymalnie. 




Poznajecie tą damę?



NIEDZIELA
Smutny dzień bo do dwunastej mieliśmy opuścić hotel, wspólne śniadanie - zdjęcie jak z Wigilii :D 
Pierwsze zdjęcie robione tosterem, ale uwielbiam je <3

(...) a następnie rozjazd każdy w inną stronę Polski. Z całego serducha dziękuję Ani i jej drugiej drugiej połówce za uratowanie nas ( mnie+Pudernicy) i podwózkę z Serocka do Warszawy. Dzięki Tobie nie zamordowano nas w najbardziej patologicznych dzielnicach warszawy do których zapewne trafiłybyśmy przez zmienioną trasę. Wysiadłyśmy pod Hotelem, dotarłyśmy do Złotych, miałyśmy udać się na herbatę ( bo nie wiem czy wiecie ale Pudernica to swój człowiek, jest takim samym herbatoholikiem jak ja) los chciał tym razem na korzyść sprawić nam trochę radości dlatego ponownie zesłał nas na drogę Pauliny, Oli, Oli, Oli (nie, to nie błąd komputera) i pięknej Ewy która od spotkania nałogowo śledzę w social mediach. Swoją drogą zapraszam Was na jej bloga! Miała być godzina rozmów, po czym zaczęły dołączać do nas kolejne uczestniczki SOBu. 

Poniżej zdjęcia robione tosterem z lat 90tych.





Można powiedzieć, że Sob trwał do 15.30 :D Czego zupełnie, ale to absolutnie nikt się nie spodziewał. Po 16 zapakowałam się ze swoich Franciszkiem (srebrna walizka) do busa i skierowałam się na Dziki Wschód :) Na szczęście tym razem odbyło się bez większych przygód. 

Kolejny Sob za mną, kolejny udany i magiczny, pełen luzu, śmiechu i takiej normalności. Uczestnicy to ludzie których nie widzi się kilka miesięcy, czasami rok, następuje spotkanie i znowu klika-  gada się z nimi tak jakby od ostatniego spotkania minął tydzień. Sob jak rodzina a nawet lepiej :D Bo całkiem dobrze wychodzi się z nimi nie tylko nja zdjęciach czego dowodem jest rysunek pewnej artystki :D Jesienna ekipa - DZIECI SEROCKA :D


Uczestnicy spotkania: 

  •  Michał - Mistrz całego zamieszania :) Perfekcjonista dbający nawet o oprawę kulinarną :)))
  •  Czarszka - Madafacka, mistrz trollingu zaginiona siostra :D Skarb nad skarbami:D
  •  Arsenic  - Uwielbiam od chwili poznania. Jedyna taka, serio co nie napiszę to będzie zbyt mało !
  •  Kosmetyki bez tajemnic - Niesamowita, pełna klasy i wdzięku! Skarbnica wiedzy, do tego mistrzyni fotografii no i ten charakter, cudna :)!
  • Ekstrawagancka  - Nasza zdolna fotografka, eteryczna - tego się nie nauczysz to trzeba mieć w sobie :)
  •  Life in Colour Piękna, zdolna i mega sympatyczka, kobietka z którą można gadać o wszystkim
  •  Kolorowy kraj - Piękna, zdolna, perfekcyjna - no powinno się nienawidzić a uwielbia się za mocno :)
  •  Feeling Fancy - Zdecydowanie Fancy :))) Ola której nie zarzucisz nigdy braku kreatywności :)
  •  HeyItsAlexK  - Dziewczyna jest jak kompas, najlepiej wskaże Ci miejsce urlopu ^^a do tego zagwarantuję Ci zaciesz na twarzy :)
  • Niewyparzona Pudernica - Doskonały kompan podróży, rzuca mięchem ale dobra z niej babka <3
  • Interendo - Nasza Hello Kitty:) Blondwłosa gwiazda i gdyby nie europejska uroda to Azja jak się patrzy :)
  • Monika - która zawiesiła bloga, ale mam nadzieję, że jednak wróci do bloggowania lub vlogowania :)
  • no i ja :D, Grześ, Krysia i Marysia :)

                                                                           Jedyne wspólne zdjęcie grupowe ;P

Dzięki Michale, że mogłam znowu tam być z Wami, dzięki uczestnikom mam nadzieję, że do szybkiego zobaczenia :) Niech moc będzie z Wami :)

Ściskam:*
____________________________________________________________-
#secretsofbeauty #białatrwała ##olejznorki #ssijbox

Czytaj dalej »